Elisabeth weszła do domu. Panowała tam taka cisza i
spokój.... Dziewczyna rozejrzała się dookoła. Dom był stary, wilkołaczy ród
zamieszkiwał go od pokoleń. Tu wychowała się jej matka. Dorastała razem z
bratem – Goranem, wtedy jeszcze niewinnym i ciepłym. I pomyśleć jak dwieście
lat długiego, żmudnego żywota związanego z ciągłym ukrywaniem swojej prawdziwej
tożsamości i zabijaniem mogło go zmienić. Kiedyś Goran też miał uczucia. Na
pewno je miał. Na pewno nie był takim potworem, jakim jest teraz. Matka mówiła
o nim dobrze... Do czasu.
- Znowu byłaś u White’a? – z rozmyślań wyrwał ją drwiący
głos Blake’a. Spojrzła na niego swoimi orzechowymi oczyma. Czyżby działo się z
nim to samo co przed laty z jego ojcem? Czyżby jego serce skamieniało już
zupełnie i wyzbyło się jakichkolwiek odczuć? Ale przecież jej rodzice mimo
wszystko byli ludzcy. Chyba, że tylko tak to postrzegała....
- Pytanie retoryczne – prychnął chłopak. – Twoja wiedźma już
wszystko wie? Pochwaliłaś się, jaka jest dla Ciebie ważna i dlaczego?
- Skąd...
- Nie jestem taki głupi jak Ci się wydaje, księżniczko. A
opis wszelkich naszych tradycji nie jest ściśle tajny - Blake podszedł bliżej
dziewczyny tak, że dzieliło ich zaledwie kilka centymetrów. – Najpierw
zamorduję jej brata, potem wykończę White’a, a na końcu jak już popatrzy sobie
na konsekwencje zabawy w dobrą wróżkę, podam ją na złotej tacy mojemu ojcu jako
prezent ślubny.
- Blake, to nie jest moja wina, że Goran ma takie
zachcianki.
- Teraz Ty będziesz je spełniać. Mam nadzieję, że się
cieszysz/ Wiesz, że on ma temperament.
Rozpędzona dłoń Ellie skierowała się w policzek kuzyna. Ten
jednak automatycznie złapał nadgarstek dziewczyny kilka milimetrów przed swoją
twarz i ścisnął ją mocno.
- W sumie na początku może i mnie to strasznie wkurzało. Ta
świadomość, że omotałaś go wokół palca. Ciebie zawsze słuchał bardziej, Kto
zaczął kłótnię? Blake. Kto atakuje niewinnych? Blake. Zawsze wierzył bardziej
Tobie niż mnie. Nawet nie ponosiłaś konsekwencji za swoje własne wykroczenia.
Doprowadzało mnie to do szaleństwa Potem to wszystko zaakceptowałem,
zrozumiałem... Ale kiedy usłyszałem, że masz być moją macochą, to przykro mi
bardzo. Coś pękło. I tak bardzo, jak kochałem Cię, moja droga siostrzyczko, tak
bardzo Cię teraz nienawidzę. I nie jesteś w stanie wyobrazić sobie jaką chorą
radość sprawia mi patrzenie na to, jak cudownie cierpisz.
To mówiąc chłopak puścił jej rękę. Uśmiechając się pod nosem
odwrócił się na pięcie i zniknął w głębi domu. Ellie pędem puściła się do
swojego pokoju. Z trzaskiem zamknęła drzwi. Oparła się o nie plecami i powoli
zjechała w dół, kryjąc tym samym twarz w dłoniach. Cała zabawa miała się dopiero zacząć, a Blake
nie miał zamiaru odpuścić.
Dziewczyna czuła rozrywającą ją wściekłość. Pochwyciła
swojego iPada i zarzuciła na siebie luźną dresową bluzę, Wcisnęła do uszu
słuchawki, w których od razu rozbrzmiała muzyka. Otwarła okno i wyskoczyła na
trawnik. Puściła się wydeptaną ścieżką, prowadzącą na skróty do głównej ulicy.
Biegła długo i nieprzerwanie, a na niebie pojawiły się burzowe chmury, z
których zaczął padać drobny deszcz.
Nie miała konkretnego celu. Po prostu kierowała się tam,
gdzie akurat poniosły ją nogi. Nim się spostrzegła była już na przedmieściach
miasteczka Salem. Zatrzymała się i rozejrzała wkoło. Przechodnie, uciekając
przed deszczem nie zwracali nawet na nią uwagi. Ciekawa była ilu jeszcze z nich
pozbawi życia.
Padało coraz bardziej, a Ellie puściła się dalej. Skręcając
w najbliższą mniejszą uliczkę poczuła, że wpada na coś, a dokładniej - na
kogoś. Podniosła swój wzrok wyżej, a jej oczom ukazała się postać Roberta
Cain’a.
- Śledzisz mnie? – dziewczyna warknęła z wyrzutem. Chłopak
spojrzał na nią zdezorientowany.
- Nie ważne... – westchnęła i chciała już wyminąć Rob’a
jednak ten chwycił ją za ramię.
- Odwoziłem siostrę do pracy i przy okazji wyskoczyłem na
małe zakupy – uniósł dłoń z siatką pełną produktów spożywczych. – Nie jestem
psychopatą.
- Dobra, nie ważne –
uśmiechnęła się dziewczyna, próbując zbyć Roberta.
- Skoro już się spotykamy to może dasz się w końcu wyciągnąć
na drinka?
- Raczej nie, później będę prowadzić.
- Kawa?
- Spieszę się.
- To podrzucę Cię do domu – chłopak był nieustępliwy.
- Nie poddajesz się tak łatwo, co? – blondynka uniosła jedną
brew wyżej, a następnie dodała – Nie, dziękuję, naprawdę poradzę sobie.
- No cóż. Chyba nic nie zdziałam. – Cain uśmiechając się
lekko wzruszył ramionami. – Ale jeszcze będziesz żałować!
Kiwając głową wyminął dziewczynę i ruszył przed siebie.
Pomimo tego, iż Ellie wiedziała, że Robert jest łowcą i gdyby dowiedział się
kim jest, to wbiłby jej srebrny kołek prosto w serce, czuła do niego
autentyczną sympatię. Odwróciła głowę, by jeszcze raz na niego spojrzeć i w tej
samej chwili poczuła, że dzieje się coś niedobrego, Zrobiła kilka szybkich
kroków w stronę chłopaka i rozglądając się bacznie chwyciła go za rękę, Tym
samym ujrzała czającego się kilka metrów dalej Blake’a. Musiał obserwować albo
ją przez całą drogę, albo od razu pokusił się na wypełnienie złożonej jej rano
obietnicy. Pewne było jedno: robiło się niebezpiecznie.
- Może jednak ten drink nie jest wcale takim głupim
pomysłem... – mruknęła i razem z Rob’em ruszyli w głąb alejki. Rozmawiali długo
i o wszystkim. Tak, jakby znali się od dawna. Ostatecznie, z butelką czerwonego
wina znaleźli się w willi White’a. Kiedy weszli do środka mężczyzna siedział w
kuchni udając, że przegląda jakąś lokalną gazetę. Prawda była jednak
diametralnie inna. Przewiercał wzrokiem drobną postać Elisabeth. Nie wierzył
jej do końca i był czujny. Para szybko minęła jednak go bez słów i oboje
wylądowali w pokoju Cain’a.
- Czemu on jest taki.... poważny? – zapytała dziewczyna dla
niepoznaki, mając na myśli Tom’a.
- Zawsze był cichy i zdystansowany. Wiesz, życie mu nie
szczędziło – powiedział Robert rozlewając czerwony płyn do kryształowych
kieliszków i podając jeden z nich Ellie.
- Upijesz mnie, a później będę łatwiejsza? – zaśmiała się
upijając jeden łyk.
- Szczerze mam taką nadzieję – wyszczerzył się chłopak
siadając obok niej.
Dziewczyna ocknęła się w środku nocy, leżąc przytulona do wpół
nagiego Cain’a. Wzięła głęboki oddech i spojrzała na spokojnie śpiącego
mężczyznę.
- Skazałam Cię na śmierć.... – szepnęła sama do siebie i
niezauważalnie wymknęła się z łóżka. Skompletowała swoje ubrania i wyszła z
pokoju. Rozpędziła się i oddała jeden długi skok, tym samym przemieniając się w
wilka. Wokół panowała taka cisza.... Cisza przed burzą. Szalała tak do świtu.
Wróciła do domu, umyła się, przebrała, przygotowała na zajęcia w szkole. Znów
nałożyła na siebie maskę pełną znieczulicy i wyrachowania. Znów wyglądała jak
pewna siebie księżniczka.
Lekcje wlekły się w nieskończoność. W takie dni jak dziś,
Ellie zastanawiała się po co tak właściwie chodzi na te zajęcia. Po co znów
słucha tych samych wykładów, które zna już na pamięć, po co w ogóle zawraca
sobie tym głowę.
Kiedy w końcu nadszedł czas przerwy obiadowej ruszyła w
stronę stołówki. Tak samo zagubiona jak wcześniej. Wchodząc do wielkiego
pomieszczenia odnalazła wzrokiem Alex i zawiesiła na niej wzrok nie mogąc
uwierzyć własnym oczom. Dziewczyna próbowała bowiem niemalże bezskutecznie użyć
zaklęcia lewitacji na leżącym przed nią jabłku. Owoc jednak ledwo się ruszał.
Elisabeth zmarszczyła gniewnie brwi i ruszyła w stronę siedzącej samotnie
dziewczyny.
- Czyś Ty zwariowała?! – uderzyła dłońmi o blat stolika.
- O co Ci chodzi?!
- Jeśli ktokolwiek zobaczyłby co robisz....
- Jeśli nawet to co? Spalą mnie na stosie? – warknęła Alex.
- To nie jest poważne zachowanie! Nie odpowiedzialne!
- A czy odpowiedzialnym jest sypianie z moim bratem?! –
wycedziła blondynka. Elisabeth zamurowało. Gdyby wzrok mógł zabijać, biedna
Alex pewnie leżałaby już martwa. Dziewczyna szybko opanowała się jednak.
- Jesteś pewna, że nikt tego nie widział? – Elisabeth
rozejrzała się wkoło i utkwiła wzrok w siedzącym nieopodal krępym chłopaku. –
Widział – stwierdziła. Następnie spostrzegła się, że ów chłopak nie jest
jedynym przyglądającym się sytuacji. Dwa stoliki dalej siedział bowiem Blake,
który już szczerzył się z radości. Potem dziewczyna jeszcze raz spojrzała na
pierwszego chłopaka, który pospiesznie sał i udając, że nie wie co się dzieje
wyszedł ze stołówki.
- Możesz sobie pogratulować – syknęła Ellie do Alex i
ruszyła za uciekinierem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz