niedziela, 5 sierpnia 2012

1. Salem.


Przystanęła na środku podjazdu i wpatrywała się w dom. Był biały, jak śnieg za którym tak bardzo tęskniła. Dwa lata spędziła w Kalifornii, a przecież tutaj śnieg nie pada. Tęskniła za tym białym puchem, który przez kilka miesięcy pokrywa ziemię. Tęskniła za mroźnym powietrzem, które delikatnie szczypało ją w twarz i za płatkami śniegu, których zawsze miliardy spadają na ziemię, a każdy jest zupełnie odmienny niż poprzedni czy następny. Dwa lata w jednym miejscu, to zaskakująco dużo jak na nich.
Spojrzała na swojego starszego brata, który wynosił z domu ostatnie pudło. Robert zamknął drzwi a klucz położył pod wycieraczką. Był pewien, że to miejsce jest na tyle głupie i przewidywalne, że agentka nieruchomości z pewnością go znajdzie. Dochodziła piąta rano. Robert postawił ostatnie pudło w bagażniku i spojrzał na siostrę.
- To już wszystko.
Wiedziała, że jemu również jest ciężko wyjeżdżać. Chwilę jeszcze postali i wpatrywali się w dom, który był ich ostoją przez dwa ostatnie lata, po czym oboje wsiedli do samochodu. Robert zajął miejsce kierowcy, a Alex pasażera. Gdy dziewczyna zapinała pas zdała sobie sprawę, dlaczego jej brat decydował się na przeprowadzki co pół roku- bał się przywiązania. Sześć miesięcy to niezbyt wiele, aby nawiązać jakiekolwiek kontakty z rówieśnikami czy sąsiadami jeśli skrupulatnie się ich do siebie zniechęca i unika. Natomiast dwa lata, to bardzo dużo czasu. Nie da się unikać wszystkich bez jednoczesnego dawania im powodu do podejrzeń, że rodzina Cain w jakiś sposób odchyla się od stereotypowej amerykańskie rodziny. Już sam fakt, że głową rodziny jest nie ojciec czy matka, a straszy brat wystarczająco wyróżniał ich z tłumu miejscowych. A tego nie chciało żadne z nich, w szczególności Robert.
Jego młodsza siostra od zawsze podejrzewała, że brat skrywa przed nią sekret. Nie wiedziała, o co w tym wszystkim chodzi i zawsze uważała, że to przez to, że ich rodzice zginęli w wypadku cztery lata temu, a on musiał się zająć domem i jej wychowaniem. Chociaż przez rok pomagała im babcia, żeby Robert mógł ukończyć szkołę, to pewnego wieczoru nagle w pośpiechu musieli opuścić rodzinne New Jersey i udać się do Cleveland w stanie Ohio. Stamtąd zaledwie po dwóch miesiącach przeprowadzili się do St. Louis w Illinois. Później było Minneapolis, Calgary w Kanadzie, Portland, aż w końcu wylądowali w San Jose w Kalifornii.
- Robert, mogę o coś zapytać?- odezwała się nagle. Brat przytaknął głową.
- Dlaczego musimy wyjeżdżać z San Jose? Przecież spędziliśmy tam więcej czasu niż w jakimkolwiek innym miejscu na Ziemi. Czy to było takie złe?
- Żałuję, że wcześniej nie wyjechaliśmy- odpowiedział wpatrując się w przednią szybę- Ale to było konieczne. Stary kolega taty zadzwonił. Ma jakiś problem i chce żebym mu w tym pomógł.
- Jaki problem?
- Problem z… Ze szkodnikami. Zniszczyły mu posiadłość. Pomieszkamy u
niego przez jakiś czas.
- Mamy mieszkać w domu zrujnowanym przez szkodniki? A jak nazywa się
to miasto „Zadupie dolne”?
- Ej, młoda uważaj na słowa. Rozumiem, że jesteś zła, ale tata jest jego
dłużnikiem, nie mogłem go zostawić, kiedy jest w potrzebie.
- Co to za szkodniki?- zapytała po chwili.
- Pewnie szczury.- odpowiedział wzruszając ramionami.
- I chcesz je wystrzelać z dubeltówki, wysadzić granatami czy może
pobawisz się w ninja i użyjesz tych srebrnych gwiazdek?- zapytała, a Robert nagle zjechał na pobocze i zatrzymał samochód. Alex wpatrywała się w swoje buty, czuła na sobie wzrok brata.
            - Widziałam skrytkę w bagażniku.
            - To nie jest temat do rozmowy, dobra? Przynajmniej nie teraz.- odpowiedział i ponownie odpalił silnik.
            - Nie teraz? A kiedy? Kiedy zgarnie nas policja, bo jesteśmy jakimiś terrorystami i uciekinierami?
            - Nie jesteśmy, zaufaj mi.- odparł i ponownie włączył się do ruchu- A teraz spróbuj się zdrzemnąć. Mamy do przejechania ponad trzy tysiące mil.
            - Trzy tysiące?! Będziemy na miejscu za dwa dni. Mam nadzieję, że naprawdę lubisz tego gościa.- zakończyła i oparła głowę o szybę.
            Robert wspomniał, że za kilka godzin zamienią się rolami. Nie mogła uwierzyć, że brat pozwoli jej poprowadzić samochód, ale ostatecznie pozostawiła tę nowinę bez komentarza. Wspomniał też, że będą mieli jeden przystanek na trasie. Gdzieś w połowie drogi, czyli mniej więcej w okolicach stanu Nebraska lub Iowa.
            Zjechali z autostrady dwukrotnie. Pierwszy raz w Denver, żeby zatankować i kupić coś do jedzenia. Następnym razem w Davenport, bo znowu trzeba było uzupełnić bak i coś zjeść. Wysypiali się w miarę w samochodzie, a więc dłuższy przystanek w motelu nie był potrzebny. Alex była zadowolona, im szybciej znajdą się na miejscu tym szybciej stamtąd wyjadą i odwiedzą kolejne miasto. A może Robert da się namówić na powrót do Kalifornii? Jedyne czego jej tam brakowało, to śnieg. Natomiast miała wszystko inne. Miała przyjaciół. Do tej pory nie wiedziała jak to jest utrzymywać z kimś dłuższe kontakty. Po śmierci rodziców nie chciała się z nikim rozmawiać, zamknęła się w sobie. Przyjaciele byli jej zbędni. Wędrując od miasta do miasta zrozumiała, że nie musi zawierać znajomości, które i tak mogą nie przetrwać dnia. Było jej to na rękę.
            - Daleko jeszcze?- zapytała.
            - Już prawie jesteśmy na miejscu. Skręć w lewo.
            Dzień chylił się ku końcowi. Słońce powoli chowało się za horyzontem rzucając na wszystko wokoło czerwoną poświatę. Przez chwilę Alex widziała drzewa i pola, które mijali skąpane we krwi, ale szybko odgoniła myśli. Dziwiła się, że coś takiego w ogóle pojawiło się w jej głowie. Kilka minut później na drodze pojawił się ogromny znak z nazwą miasteczka.

WITAMY W
SALEM, MASSECHUSETTS.
ROK ZAŁOŻENIA 1626.

            - Serio?- Alex uniosła kącik ust i spojrzała na brata- Salem? A może to czarownice rozniosły mu dom?- zaśmiała się.
            Minęli stację benzynową, kościół, cmentarz i myjnię samochodową. Później zaczęli mijać domy, położone blisko siebie, każdy wyglądający identycznie. Robert kazał jej objechać rondo, a później skierować się na zachód. Minęli szkołę, prawdopodobnie była to szkoła podstawowa sądząc z poustawianych na boisku drabinek i zjeżdżalni; następnie budynek przypominający ratusz oraz komendę miejskiej policji. Później jechali żwirową drogą przez gęsty las. I w końcu ich oczom ukazała się ogromna zardzewiała brama. Gdy tylko samochód zbliżył się na odpowiednią odległość brama automatycznie się otwarła.
            - Proszę powiedz, że Twój przyjaciel rzeczywiście poluje na czarownice- powiedziała Alex wpatrując się w otoczenie.
            - Jedź- ponaglił ją Robert. Gęsty las nadal rozpościerał się po bokach. Przejechali jeszcze około pięciu minut, aż dojechali do podjazdu na którym Alex zaparkowała samochód. Wysiedli z samochodu.
            - I co, nadal chcesz wracać do Kalifornii?- zapytał Robert uśmiechając się pod nosem i wpatrując się w gigantyczny dom, przypominający pałac. Dom był piętrowy, wybudowany z jasnej cegły. Od frontu, bo bokach wznosiły się wieżyczki, a sądząc po balustradzie na dachu pełnił on rodzaj tarasu.
            - Nadal wykorzystujecie stosy czy teraz korzystacie z tego, co masz w bagażniku?- zapytała opierając dłonie na biodrach.
            - Nie polujemy na czarownice- zaśmiał się Robert.
            Drzwi frontowe otwarły się, a na zewnątrz wyłonił się mężczyzna mający około trzydziestu pięciu lat. Był wysoki i dobrze zbudowany.
            - Robert. Alexandra. Miło Was znowu widzieć- powiedział uśmiechając się.


           

2 komentarze: