Przystanęła na środku podjazdu i
wpatrywała się w dom. Był biały, jak śnieg za którym tak bardzo tęskniła. Dwa
lata spędziła w Kalifornii, a przecież tutaj śnieg nie pada. Tęskniła za tym
białym puchem, który przez kilka miesięcy pokrywa ziemię. Tęskniła za mroźnym
powietrzem, które delikatnie szczypało ją w twarz i za płatkami śniegu, których
zawsze miliardy spadają na ziemię, a każdy jest zupełnie odmienny niż poprzedni
czy następny. Dwa lata w jednym miejscu, to zaskakująco dużo jak na nich.
Spojrzała na swojego starszego
brata, który wynosił z domu ostatnie pudło. Robert zamknął drzwi a klucz
położył pod wycieraczką. Był pewien, że to miejsce jest na tyle głupie i przewidywalne,
że agentka nieruchomości z pewnością go znajdzie. Dochodziła piąta rano. Robert
postawił ostatnie pudło w bagażniku i spojrzał na siostrę.
- To już wszystko.
Wiedziała, że jemu również jest
ciężko wyjeżdżać. Chwilę jeszcze postali i wpatrywali się w dom, który był ich
ostoją przez dwa ostatnie lata, po czym oboje wsiedli do samochodu. Robert zajął
miejsce kierowcy, a Alex pasażera. Gdy dziewczyna zapinała pas zdała sobie
sprawę, dlaczego jej brat decydował się na przeprowadzki co pół roku- bał się
przywiązania. Sześć miesięcy to niezbyt wiele, aby nawiązać jakiekolwiek
kontakty z rówieśnikami czy sąsiadami jeśli skrupulatnie się ich do siebie
zniechęca i unika. Natomiast dwa lata, to bardzo dużo czasu. Nie da się unikać
wszystkich bez jednoczesnego dawania im powodu do podejrzeń, że rodzina Cain w
jakiś sposób odchyla się od stereotypowej amerykańskie rodziny. Już sam fakt,
że głową rodziny jest nie ojciec czy matka, a straszy brat wystarczająco
wyróżniał ich z tłumu miejscowych. A tego nie chciało żadne z nich, w
szczególności Robert.
Jego młodsza siostra od zawsze
podejrzewała, że brat skrywa przed nią sekret. Nie wiedziała, o co w tym
wszystkim chodzi i zawsze uważała, że to przez to, że ich rodzice zginęli w
wypadku cztery lata temu, a on musiał się zająć domem i jej wychowaniem.
Chociaż przez rok pomagała im babcia, żeby Robert mógł ukończyć szkołę, to
pewnego wieczoru nagle w pośpiechu musieli opuścić rodzinne New Jersey i udać
się do Cleveland w stanie Ohio. Stamtąd zaledwie po dwóch miesiącach
przeprowadzili się do St. Louis w Illinois. Później było Minneapolis, Calgary w
Kanadzie, Portland, aż w końcu wylądowali w San Jose w Kalifornii.
- Robert, mogę o coś zapytać?-
odezwała się nagle. Brat przytaknął głową.
- Dlaczego musimy wyjeżdżać z
San Jose? Przecież spędziliśmy tam więcej czasu niż w jakimkolwiek innym
miejscu na Ziemi. Czy to było takie złe?
- Żałuję, że wcześniej nie
wyjechaliśmy- odpowiedział wpatrując się w przednią szybę- Ale to było
konieczne. Stary kolega taty zadzwonił. Ma jakiś problem i chce żebym mu w tym
pomógł.
- Jaki problem?
- Problem z… Ze szkodnikami.
Zniszczyły mu posiadłość. Pomieszkamy u
niego przez jakiś czas.
- Mamy mieszkać w domu zrujnowanym
przez szkodniki? A jak nazywa się
to miasto „Zadupie dolne”?
- Ej, młoda uważaj na słowa.
Rozumiem, że jesteś zła, ale tata jest jego
dłużnikiem, nie mogłem go zostawić, kiedy jest w potrzebie.
- Co to za szkodniki?- zapytała po
chwili.
- Pewnie szczury.- odpowiedział
wzruszając ramionami.
- I chcesz je wystrzelać z dubeltówki,
wysadzić granatami czy może
pobawisz się w ninja i użyjesz tych srebrnych gwiazdek?-
zapytała, a Robert nagle zjechał na pobocze i zatrzymał samochód. Alex
wpatrywała się w swoje buty, czuła na sobie wzrok brata.
- Widziałam
skrytkę w bagażniku.
- To nie
jest temat do rozmowy, dobra? Przynajmniej nie teraz.- odpowiedział i ponownie
odpalił silnik.
- Nie
teraz? A kiedy? Kiedy zgarnie nas policja, bo jesteśmy jakimiś terrorystami i
uciekinierami?
- Nie
jesteśmy, zaufaj mi.- odparł i ponownie włączył się do ruchu- A teraz spróbuj
się zdrzemnąć. Mamy do przejechania ponad trzy tysiące mil.
- Trzy
tysiące?! Będziemy na miejscu za dwa dni. Mam nadzieję, że naprawdę lubisz tego
gościa.- zakończyła i oparła głowę o szybę.
Robert
wspomniał, że za kilka godzin zamienią się rolami. Nie mogła uwierzyć, że brat
pozwoli jej poprowadzić samochód, ale ostatecznie pozostawiła tę nowinę bez
komentarza. Wspomniał też, że będą mieli jeden przystanek na trasie. Gdzieś w
połowie drogi, czyli mniej więcej w okolicach stanu Nebraska lub Iowa.
Zjechali z
autostrady dwukrotnie. Pierwszy raz w Denver, żeby zatankować i kupić coś do
jedzenia. Następnym razem w Davenport, bo znowu trzeba było uzupełnić bak i coś
zjeść. Wysypiali się w miarę w samochodzie, a więc dłuższy przystanek w motelu
nie był potrzebny. Alex była zadowolona, im szybciej znajdą się na miejscu tym
szybciej stamtąd wyjadą i odwiedzą kolejne miasto. A może Robert da się namówić
na powrót do Kalifornii? Jedyne czego jej tam brakowało, to śnieg. Natomiast
miała wszystko inne. Miała przyjaciół. Do tej pory nie wiedziała jak to jest
utrzymywać z kimś dłuższe kontakty. Po śmierci rodziców nie chciała się z nikim
rozmawiać, zamknęła się w sobie. Przyjaciele byli jej zbędni. Wędrując od
miasta do miasta zrozumiała, że nie musi zawierać znajomości, które i tak mogą nie
przetrwać dnia. Było jej to na rękę.
- Daleko
jeszcze?- zapytała.
- Już
prawie jesteśmy na miejscu. Skręć w lewo.
Dzień
chylił się ku końcowi. Słońce powoli chowało się za horyzontem rzucając na
wszystko wokoło czerwoną poświatę. Przez chwilę Alex widziała drzewa i pola,
które mijali skąpane we krwi, ale szybko odgoniła myśli. Dziwiła się, że coś
takiego w ogóle pojawiło się w jej głowie. Kilka minut później na drodze
pojawił się ogromny znak z nazwą miasteczka.
WITAMY W
SALEM, MASSECHUSETTS.
ROK ZAŁOŻENIA 1626.
SALEM, MASSECHUSETTS.
ROK ZAŁOŻENIA 1626.
- Serio?- Alex uniosła kącik ust i spojrzała na
brata- Salem? A może to czarownice rozniosły mu dom?- zaśmiała się.
Minęli
stację benzynową, kościół, cmentarz i myjnię samochodową. Później zaczęli mijać
domy, położone blisko siebie, każdy wyglądający identycznie. Robert kazał jej
objechać rondo, a później skierować się na zachód. Minęli szkołę,
prawdopodobnie była to szkoła podstawowa sądząc z poustawianych na boisku
drabinek i zjeżdżalni; następnie budynek przypominający ratusz oraz komendę
miejskiej policji. Później jechali żwirową drogą przez gęsty las. I w końcu ich
oczom ukazała się ogromna zardzewiała brama. Gdy tylko samochód zbliżył się na
odpowiednią odległość brama automatycznie się otwarła.
- Proszę powiedz,
że Twój przyjaciel rzeczywiście poluje na czarownice- powiedziała Alex
wpatrując się w otoczenie.
- Jedź-
ponaglił ją Robert. Gęsty las nadal rozpościerał się po bokach. Przejechali
jeszcze około pięciu minut, aż dojechali do podjazdu na którym Alex zaparkowała
samochód. Wysiedli z samochodu.
- I co,
nadal chcesz wracać do Kalifornii?- zapytał Robert uśmiechając się pod nosem i
wpatrując się w gigantyczny dom, przypominający pałac. Dom był piętrowy,
wybudowany z jasnej cegły. Od frontu, bo bokach wznosiły się wieżyczki, a sądząc
po balustradzie na dachu pełnił on rodzaj tarasu.
- Nadal
wykorzystujecie stosy czy teraz korzystacie z tego, co masz w bagażniku?- zapytała
opierając dłonie na biodrach.
- Nie
polujemy na czarownice- zaśmiał się Robert.
Drzwi
frontowe otwarły się, a na zewnątrz wyłonił się mężczyzna mający około
trzydziestu pięciu lat. Był wysoki i dobrze zbudowany.
- Robert.
Alexandra. Miło Was znowu widzieć- powiedział uśmiechając się.
Uwielbiam!!!!! <3
OdpowiedzUsuńZaczynamy :D
Usuń