środa, 8 sierpnia 2012

2. Mroczne miasteczko.

     Leżała na rogu swojego wielkiego łóżka. Nie spała już wprawdzie od dłuższego czasu, ale jakaś tajemnicza siła nie pozwalała jej się podnieść. Czuła głód. Niesamowity, wręcz przytłaczający głód, powodujący huczenie w jej głowie. To nasilające się co pewien czas uczucie stawało się w pewnym momencie nie do zniesienia. „jesteś jeszcze młoda, nauczysz się to kontrolować” mówiono jej nie raz. Ale bezsprzecznie ten moment jeszcze nie nadszedł i zdecydowanie Ellie Winchester wolałaby tego dnia nie wstawać z łóżka.
Plan teoretycznie mógłby się udać, gdyby nie fakt,  że nagle do pokoju ktoś wszedł.  Ellie nienawidziła tego. Do wrzenia doprowadzał ją brak poczucia prywatności, która akurat w jej życiu była jedną z najważniejszych rzeczy.
     - Ktoś jest nie w humorze? – usłyszała za swoimi plecami. Ścisnęła powieki i z rozpędem podniosła się z łóżka.
     - Wayne, ty kretynie…. – warknęła spoglądając spode łba na mężczyznę znajdującego się teraz naprzeciw zasłoniętego okna. Był to wysoki blondyn z lekkim zarostem, ubrany w czarne, jeansowe spodnie i elegancką, jasnoniebieską koszulę. Odwzajemnił spojrzenie i dynamicznym ruchem rozsunął zasłony. W mgnieniu oka cały pokój wypełnił się oślepiającym blaskiem.
     - Spójrz jaki cudowny dzień, słońce świeci, ptaszki śpiewają….. A Ty wyglądasz wręcz uroczo.
     - Twoja wypowiedź aż ocieka sarkazmem – skwitowała Ellie odruchowo spoglądając w wielkie, owalne lustro stojące w głębi pokoju. Istotnie, była dość ładną dziewczyną. Ba! Była typem dziewczyny, dla której każdy napotkany chłopak dałby się zabić. Typem dziewczyny, która jednym ruchem palca sprawiała, ze jej ofiara traciła dla niej głowę.

     D O S Ł O W N I E.

     Jednak teraz odgarniając swoje długie blond włosy, które jeszcze przed chwilą opadały na orzechowe oczy nie wyglądała tak nieskazitelnie. Było w niej coś nie pasującego do wcześniejszego obrazka, potwornego wręcz. Właśnie te piękne, brązowe oczy, w których nieraz można było się zatopić, teraz zdobiła czarna otoczka.
     - Nie przejmuj się, księżniczko. Przyniosłem Ci śniadanie. – uśmiechnął się wyciągając coś z kieszeni i rzucił, celując w stronę Elizabeth. Zgrabnym ruchem dziewczyna pochwyciła ów przedmiot. Okazał się on średniej wielkości strzykawką, wypełnioną jakimś płynem. Ellie instynktownie wbiła igłę w ramię i powoli zaaplikowała sobie zawartość strzykawki.
     - Czasami mam Cię cholernie dosyć Holt – odezwała się do chłopaka.
    - Ale moja surowica pozwala Ci normalnie funkcjonować do czasu polowań. – uśmiechnął się pod nosem do dziewczyny.
Istotnie, surowica wytwarzana przez tego młodego studenta weterynarii pozwalała Ellie, jak i całej jej rodzinie normalnie funkcjonować w społeczeństwie, przynajmniej częściowo. Blondynka po raz drugi zawiesiła spojrzenie na swoim lustrzanym odbiciu. Teraz jej oczy wyglądały już normalnie. Wayne podszedł do niej i zmierzwił jej włosy.
     - Ale tym razem naprawdę mogę powiedzieć, że wyglądasz uroczo – skwitował i ruszył w stronę wyjścia dodając:
     - Goran Cię oczekuje.
    Goran. Na sam dźwięk tego imienia cały ród Winchesterów drżał. Natomiast u Ellie wywoływał torsje, obrzydzenie.
     - Wiesz, że nie zabił Cię jeszcze tylko dlatego, że dzięki Tobie nie musi się ukrywać jak to robił przez ostatnie sto siedemdziesiąt trzy lata?
     - A Ty? Dlaczego mnie nie zabiłaś, kiedy miałaś okazję? – teraz Wayne spoważniał. Chociaż sama to sprowokowała, nie lubiła tego typu pytań ze strony Holta. A fakt, że kiedyś byli parą, dodatkowo komplikował sytuację.
     - Idź już. Rozjechane wiewiórki Cię potrzebują – powiedziała wymijając gościa. Ten nie odezwał się już słowem i właśnie tego Elisabeth oczekiwała. Jednak teraz miała na głowie coś o wiele gorszego niż pseudo-szczera rozmowa z byłym. Goran. Najsilniejszy. Stojąc przed drzwiami do jego gabinetu uświadomiła sobie, co teraz powinna zrobić. Okazać szacunek, poprosić o pozwolenie. Ale nie.
     - Witaj Goran, jakaż to wątpliwa przyjemność widzieć Cię… - wparowała do środka i usiadła na jego biurku.
    - Wiesz jak powinno brzmieć Twoje drugie imię? – wysoki mężczyzna o ciemnych włosach i jeszcze ciemniejszych oczach lustrował ją wzrokiem.- Niesubordynacja.
     - A myślałam, że ucieszysz się na mój widok.
     - Podobno znowu węszyłaś przy domu White’a.- warknął gniewnie.
     - W końcu taka moja natura…. Chyba nie starasz się jej zmieniać?
     - Jestem Najsilniejszym. I jako Najsilniejszy zabraniam Ci się tam zapuszczać. Wiesz, że to niebezpieczne dla całego rodu? Wystarczy, by  Łowca odkrył zaledwie jednego z nas, by unicestwić wszystkich! A chyba nie chcesz mieć na łapach krwi swoich braci?
     - Goran, czasem mam wrażenie, że jestem sprytniejsza niż ty, Stary Wyjadaczu. Pod latarnią najciemniej. Nawet przez myśl mu nie przejdzie, że jakaś wilczyca macha mu ogonem tuż pod nosem.
     - Jesteś lekkomyślna…
    - Raczej martwiłabym się bardziej Twoim synem. Blake szaleje bardziej, niż by Ci się mogło wydawać. A jeśli z turystów przerzuci się na okolicznych mieszkańców, to znowu czeka nas dezercja – odparła chłodno dziewczyna. W oczach Gorana dostrzegła palące się wściekle ogniki. Obrazek ten napawał ją nieopisanym uczuciem wyższości i satysfakcji.
     - Audiencja skończona, możesz wyjść – uciął krótko. Ellie mimowolnie uśmiechnęła się szyderczo i odwróciła na pięcie, kierując się w stronę wyjścia.
     - Elizabeth? Dziś pełnia. Jak mniemam nie omieszkasz pojawić się na wspólnym polowaniu?
     - Jakże bym mogła opuścić taką okazję... – syknęła i wymknęła się z pomieszczenia. Zarzuciła na siebie czarną, lnianą kurtkę i wyszła na zewnątrz. Jej rezydencja była miejscem wyjątkowo urokliwym. Aż ciężko było uwierzyć w to, że tak piękny dom może skrywać w sobie tak mroczną tajemnicę. Mieszkała tu od kilkunastu lat, kiedy to jej rodzice zginęli w pożarze. „Oni byli jeszcze głupsi niż Ty. Chcieli się bratać z ludźmi. A ludzie, mimo, że sami w sobie są tak wiotkimi, nic nie znaczącymi istotami, razem mogą stworzyć armię nie do pokonania”. I w tym przypadku, z przykrością dziewczyna musiała Goranowi przyznać rację. Oni byli zbyt naiwni. I to ich zabiło. Właśnie wtedy, kiedy całe zdarzenie przeżyła tylko Ellie, Goran zabrał ją do siebie.
     Niespodziewanie okazało się, że jej nogi zaniosły ją właśnie tam, gdzie chodzić nie powinna. Znajdowała się w zaledwie kilkadziesiąt metrów odległości od willi Thomasa White’a, człowieka, z którym od dawna bawiła się w kotka i myszkę. Od kiedy tylko się tu wprowadziła lubowała się w przesiadywaniu tam i podglądaniu tego człowieka. Ł O W C Y.
     Fakt, że on w jakiś sposób mógłby zorientować się kim tak naprawdę jest ta na pozór niewinnie wyglądająca dziewczyna dodawał temu wszystkiemu czaru. Jednak tym razem cos nie pasowało jej do codziennego obrazka. Podeszła bliżej i ulokowała się na jednym z rozłożystych drzew rosnących tuż koło okien domu. Stąd dokładnie mogła obserwować wszystko, co działo się w środku. I tym razem zamiast jednej osoby dostrzegła trzy. White’owi towarzyszyła teraz szczupła blondynka o wielkich oczach i rosły, krótko ścięty mężczyzna. Dziwne zjawisko, gdyż Thomas zawsze raczej stronił od towarzystwa. Pewne było jedno. To raczej nie była stęskniona rodzina postanawiająca odwiedzić samotnego wujka, a ich przyjazd raczej nie zwiastował nic dobrego.



1 komentarz: