Leżała na rogu swojego wielkiego łóżka. Nie spała już
wprawdzie od dłuższego czasu, ale jakaś tajemnicza siła nie pozwalała jej się
podnieść. Czuła głód. Niesamowity, wręcz przytłaczający głód, powodujący
huczenie w jej głowie. To nasilające się co pewien czas uczucie stawało się w
pewnym momencie nie do zniesienia. „jesteś jeszcze młoda, nauczysz się to
kontrolować” mówiono jej nie raz. Ale bezsprzecznie ten moment jeszcze nie
nadszedł i zdecydowanie Ellie Winchester wolałaby tego dnia nie wstawać z
łóżka.
Plan teoretycznie mógłby się udać, gdyby nie fakt, że nagle do pokoju ktoś wszedł. Ellie nienawidziła tego. Do wrzenia
doprowadzał ją brak poczucia prywatności, która akurat w jej życiu była jedną z
najważniejszych rzeczy.
- Ktoś jest nie w humorze? – usłyszała za swoimi plecami.
Ścisnęła powieki i z rozpędem podniosła się z łóżka.
- Wayne, ty kretynie…. – warknęła spoglądając spode łba na
mężczyznę znajdującego się teraz naprzeciw zasłoniętego okna. Był to wysoki
blondyn z lekkim zarostem, ubrany w czarne, jeansowe spodnie i elegancką,
jasnoniebieską koszulę. Odwzajemnił spojrzenie i dynamicznym ruchem rozsunął
zasłony. W mgnieniu oka cały pokój wypełnił się oślepiającym blaskiem.
- Spójrz jaki cudowny dzień, słońce świeci, ptaszki
śpiewają….. A Ty wyglądasz wręcz uroczo.
- Twoja wypowiedź aż ocieka sarkazmem – skwitowała Ellie
odruchowo spoglądając w wielkie, owalne lustro stojące w głębi pokoju.
Istotnie, była dość ładną dziewczyną. Ba! Była typem dziewczyny, dla której
każdy napotkany chłopak dałby się zabić. Typem dziewczyny, która jednym ruchem
palca sprawiała, ze jej ofiara traciła dla niej głowę.
D O S Ł O W N I E.
Jednak teraz odgarniając swoje długie blond włosy, które
jeszcze przed chwilą opadały na orzechowe oczy nie wyglądała tak nieskazitelnie.
Było w niej coś nie pasującego do wcześniejszego obrazka, potwornego wręcz.
Właśnie te piękne, brązowe oczy, w których nieraz można było się zatopić, teraz
zdobiła czarna otoczka.
- Nie przejmuj się, księżniczko. Przyniosłem Ci śniadanie. –
uśmiechnął się wyciągając coś z kieszeni i rzucił, celując w stronę Elizabeth.
Zgrabnym ruchem dziewczyna pochwyciła ów przedmiot. Okazał się on średniej
wielkości strzykawką, wypełnioną jakimś płynem. Ellie instynktownie wbiła igłę
w ramię i powoli zaaplikowała sobie zawartość strzykawki.
- Czasami mam Cię cholernie dosyć Holt – odezwała się do
chłopaka.
- Ale moja surowica pozwala Ci normalnie funkcjonować do
czasu polowań. – uśmiechnął się pod nosem do dziewczyny.
Istotnie, surowica wytwarzana przez tego młodego studenta
weterynarii pozwalała Ellie, jak i całej jej rodzinie normalnie funkcjonować w
społeczeństwie, przynajmniej częściowo. Blondynka po raz drugi zawiesiła
spojrzenie na swoim lustrzanym odbiciu. Teraz jej oczy wyglądały już normalnie.
Wayne podszedł do niej i zmierzwił jej włosy.
- Ale tym razem naprawdę mogę powiedzieć, że wyglądasz
uroczo – skwitował i ruszył w stronę wyjścia dodając:
- Goran Cię oczekuje.
Goran. Na sam dźwięk tego imienia cały ród Winchesterów
drżał. Natomiast u Ellie wywoływał torsje, obrzydzenie.
- Wiesz, że nie zabił Cię jeszcze tylko dlatego, że dzięki
Tobie nie musi się ukrywać jak to robił przez ostatnie sto siedemdziesiąt trzy
lata?
- A Ty? Dlaczego mnie nie zabiłaś, kiedy miałaś okazję? –
teraz Wayne spoważniał. Chociaż sama to sprowokowała, nie lubiła tego typu
pytań ze strony Holta. A fakt, że kiedyś byli parą, dodatkowo komplikował
sytuację.
- Idź już. Rozjechane wiewiórki Cię potrzebują – powiedziała
wymijając gościa. Ten nie odezwał się już słowem i właśnie tego Elisabeth
oczekiwała. Jednak teraz miała na głowie coś o wiele gorszego niż
pseudo-szczera rozmowa z byłym. Goran. Najsilniejszy. Stojąc przed drzwiami do
jego gabinetu uświadomiła sobie, co teraz powinna zrobić. Okazać szacunek,
poprosić o pozwolenie. Ale nie.
- Witaj Goran, jakaż to wątpliwa przyjemność widzieć Cię… -
wparowała do środka i usiadła na jego biurku.
- Wiesz jak powinno brzmieć Twoje drugie imię? – wysoki
mężczyzna o ciemnych włosach i jeszcze ciemniejszych oczach lustrował ją
wzrokiem.- Niesubordynacja.
- A myślałam, że ucieszysz się na mój widok.
- Podobno znowu węszyłaś przy domu White’a.- warknął
gniewnie.
- W końcu taka moja natura…. Chyba nie starasz się jej
zmieniać?
- Jestem Najsilniejszym. I jako Najsilniejszy zabraniam Ci
się tam zapuszczać. Wiesz, że to niebezpieczne dla całego rodu? Wystarczy,
by Łowca odkrył zaledwie jednego z nas,
by unicestwić wszystkich! A chyba nie chcesz mieć na łapach krwi swoich braci?
- Goran, czasem mam wrażenie, że jestem sprytniejsza niż ty,
Stary Wyjadaczu. Pod latarnią najciemniej. Nawet przez myśl mu nie przejdzie,
że jakaś wilczyca macha mu ogonem tuż pod nosem.
- Jesteś lekkomyślna…
- Raczej martwiłabym się bardziej Twoim synem. Blake szaleje
bardziej, niż by Ci się mogło wydawać. A jeśli z turystów przerzuci się na
okolicznych mieszkańców, to znowu czeka nas dezercja – odparła chłodno
dziewczyna. W oczach Gorana dostrzegła palące się wściekle ogniki. Obrazek ten
napawał ją nieopisanym uczuciem wyższości i satysfakcji.
- Audiencja skończona, możesz wyjść – uciął krótko. Ellie
mimowolnie uśmiechnęła się szyderczo i odwróciła na pięcie, kierując się w
stronę wyjścia.
- Elizabeth? Dziś pełnia. Jak mniemam nie omieszkasz pojawić
się na wspólnym polowaniu?
- Jakże bym mogła opuścić taką okazję... – syknęła i wymknęła
się z pomieszczenia. Zarzuciła na siebie czarną, lnianą kurtkę i wyszła na
zewnątrz. Jej rezydencja była miejscem wyjątkowo urokliwym. Aż ciężko było
uwierzyć w to, że tak piękny dom może skrywać w sobie tak mroczną tajemnicę.
Mieszkała tu od kilkunastu lat, kiedy to jej rodzice zginęli w pożarze. „Oni
byli jeszcze głupsi niż Ty. Chcieli się bratać z ludźmi. A ludzie, mimo, że
sami w sobie są tak wiotkimi, nic nie znaczącymi istotami, razem mogą stworzyć
armię nie do pokonania”. I w tym przypadku, z przykrością dziewczyna musiała
Goranowi przyznać rację. Oni byli zbyt naiwni. I to ich zabiło. Właśnie wtedy,
kiedy całe zdarzenie przeżyła tylko Ellie, Goran zabrał ją do siebie.
Niespodziewanie okazało się, że jej nogi zaniosły ją właśnie
tam, gdzie chodzić nie powinna. Znajdowała się w zaledwie kilkadziesiąt metrów
odległości od willi Thomasa White’a, człowieka, z którym od dawna bawiła się w
kotka i myszkę. Od kiedy tylko się tu wprowadziła lubowała się w przesiadywaniu
tam i podglądaniu tego człowieka. Ł O W C Y.
Fakt, że on w jakiś sposób mógłby zorientować się kim tak
naprawdę jest ta na pozór niewinnie wyglądająca dziewczyna dodawał temu
wszystkiemu czaru. Jednak tym razem cos nie pasowało jej do codziennego
obrazka. Podeszła bliżej i ulokowała się na jednym z rozłożystych drzew
rosnących tuż koło okien domu. Stąd dokładnie mogła obserwować wszystko, co
działo się w środku. I tym razem zamiast jednej osoby dostrzegła trzy.
White’owi towarzyszyła teraz szczupła blondynka o wielkich oczach i rosły,
krótko ścięty mężczyzna. Dziwne zjawisko, gdyż Thomas zawsze raczej stronił od
towarzystwa. Pewne było jedno. To raczej nie była stęskniona rodzina
postanawiająca odwiedzić samotnego wujka, a ich przyjazd raczej nie zwiastował
nic dobrego.
Kochaaaaaam <3 :D!
OdpowiedzUsuń