Ellie stała po środku zarośniętej uliczki spoglądając za siebie, aż przerażona blondynka zniknie z pola widzenia. Gdy tylko upewniła się, że dziewczyna odeszła, skierowała wzrok w przeciwną stronę krzyżując jednocześnie ręce na piersiach. Była wściekła. W tejże chwili prosto przed nią wyskoczył z zarośli ogromny wilk stepowy, który szczerząc kły zbliżał się w jej stronę. Elisabeth jednak ani drgnęła.
- Mama Ci nie mówiła, że nie bawi się jedzeniem? – warknęła w stronę zwierzęcia. I w tym momencie wilk zmienił postać. Tym razem stał przed nią już nie kudłaty zwierz, lecz rosły, młody chłopak o ciemnych włosach i wściekły spojrzeniu.
- Nie podchodź do tego tak restrykcyjnie, Ell. – na twarzy chłopaka pojawił się złowieszczy uśmiech. – Nie zjadłbym jej w biały dzień.
- Na Twoim miejscu akurat jej w ogóle bym nie ruszała.
- Przecież nie jest stąd. Przyjezdna. Kto by się martwił…
Ellie ruszyła przed siebie, natomiast młodzieniec wiernie podążył za nią.
- Blake, ona przyjechała do White’a. Razem z jakimś gościem. Nie szukaj sobie problemów.
- Więc znowu tam szalałaś? – Blake usatysfakcjonowany łapał ją za słówka.
- Przynajmniej dzięki temu wiesz kogo konsumować NIE należy – warknęła. Z reguły uważała Blake’a za palanta. Za kogoś absolutnie nieodpowiedzialnego, a momentami rzewnie go nienawidziła. Z drugiej jednak strony pomimo wszystko traktowała go jak brata. Dorastała razem z nim i razem z nim uczyła się jak być tym, czym jest.
- Cóż. Widocznie oboje narażamy ród na zagładę – Blake skwitował śmiejąc się pod nosem.
- Goran to tchórz. Woli się nie wychylać, utrzymując przy tym że jest wielkim władcą.
- Za to Ty jesteś jedyną ze wszystkich loup garou, która ma gdzieś to, co on mówi.
- Bo Ty się go poddańczo słuchasz – Ellie westchnęła głęboko utrzymując w glosie nutę ironii. – Poza tym jak widzisz, jeszcze mnie nie rozszarpał na strzępy, wiec chyba nie przesadzam. Przynajmniej nie aż tak bardzo.
- Mój ojciec czasem jest bardziej przebiegły niż nam wszystkim się wydaje…. – chłopak mruknął pod nosem.
- Coś sugerujesz? – Ellie uniosła jedną brew wyżej.
- Nie, swobodna myśl. – odparł chłopak. Przez resztę drogi do domu już żadne z nich się nie odezwało. Elizabeth ogarnęło to niemiłe uczucie, kiedy chciałaby coś powiedzieć, a nawet nie wiedziała w którą stronę skierować rozmowę.
- I znowu ten cholerny kot! – wycedziła nagle, kiedy wchodzili już do domu.
- Kot? Ten, którego tak ostatnio pogoniłaś?
- Dokładnie ten. Już miałam nadzieję że utkwi w tych kolcach na wieki wieków. A teraz znów będzie się jeżyć i wariować jak tylko będzie w pobliżu.
- Dlaczego go po prostu nie zjesz? – zaśmiał się Blake.
- Bo widzisz…. Bez niego nie byłoby zabawy – podsumowała blondynka, chwytając za klamkę.
Kilka godzin później, kiedy tylko zaczęło się ściemniać, za niebie dostrzec można było wielki, idealnie okrągły księżyc. Pełnia. Noc, w którą, według podań, dzieją się rzeczy niestworzone. A dla Ellie i jej rodu, noc szczególna. To właśnie tej nocy stawali się oni silniejsi niż zwykle, a polowania przybierały zupełnie nowy wymiar.
Wychodząc z domu i spoglądając na księżyc przypomniała sobie jak nieraz Wayne powtarzał, że chciałby stworzyć taki typ surowicy, która całkowicie zmieniłaby dietę loup garou. Taką, która dawałaby im siłę na dłużej i pozwalała powstrzymywać głód. I tyle samo razy Elisabeth odpowiadała mu z pełną szczerością, że to niemożliwe, że przecież tu chodzi nie tylko o wyszukiwanie nowych ofiar.
Docierając na skraj wielkiego lasu usłyszała w niedalekiej odległości pojedyncze wycie. To Najsilniejszy, wzywający swoich pobratymców. Dziewczyna przyspieszyła kroku. Czuła, jak krew zaczyna szybciej płynąć, wręcz rozrywając jej żyły. Znienacka uderzyła ją fala gorąca. Teraz, kiedy już niemalże biegła, wyciągnęła przed siebie dłonie, jak gdyby chciała zanurkować pomiędzy ciemnymi drzewami a powietrzem. W tejże chwili na skropione rosą
Runo uderzyły dwie silne, wilcze łapy. Teraz przez las podążał dostojny, szary zwierz o lśniącym futrze i ostrych kłach. Jedyne, co pozostało teraz z Elisabeth, to orzechowe oczy. To nie uległo zmianie. „Nigdy nie patrz Łowcy w oczy. Oczy to zwierciadła duszy” mówiono. Oczy były bowiem jednym z niewielu wskaźników czy ma się do czynienia ze zwykłym wilkiem, czy z wilkołakiem.
Do wilczych uszu Ellie zaczęło dochodzić coraz głośniejsze wycie o większej częstotliwości. Wiedziała że jest już blisko. Co jakiś czas z którejś strony dostrzec można było inne wilcze postaci. W pewnym momencie jej oczom ukazał się wielki stos ogniskowy, a gdzie niegdzie stali wpół nadzy ludzie trzymający ogromne płonące pochodnie. Wszystko miało nieco orientalny, ezoteryczny wydźwięk. Skupieni tam ludzie jak i wilki – wszyscy przyszli po to samo. I wszyscy byli loup garou. Panowało tam ogólne poruszenie, a oprócz skowytów, można było także usłyszeć stłumione rozmowy.
Naprzeciw ogniska ustawiono niewielkie wzniesienie na którym już za chwile miał pojawić się Najsilniejszy. Działo się tak każdej pełni. Odwieczny wilczy rytuał, towarzyszący im od zarania dziejów.
Nagle szmery ucichły. Teraz, kiedy już wszyscy byli na miejscu, na wzieniesie wkroczył Goran. Jak zwykle elegancki, nieziemsko przystojny, z nutką szaleństwa na twarzy i groźnego spojrzenia. Mężczyzna rozejrzał się w koło jakby chciał dostrzec coś konkretnego wśród zgromadzonych. Niefortunnie, jego wzrok utkwił dokładnie na wilczej postaci Elizabeth, jakby Goran sprawdzał, czy dotrzymała słowa danego mu podczas ich wcześniejszej rozmowy. Następnie ogarnął wzrokiem całą resztę poddańczo oddanych mu pobratymców.
- Jak dobrze Was widzieć... - warknął ni to szczerze ni to ironicznie - Spotykamy się dziś tak, jak przed tysiącami lat nasi przodkowie. Oni, Ci którzy tworzyli nasz ród, kulturę, historie, Ci, którzy walczyli ze wszelkimi złami tego świata, próbujących zniszczyć nasz gatunek... Rozglądam się i próbuję objąć Was wszystkich wzrokiem. I wiecie co? Mogę.
Nagle ton głosu Gorana zamiast podniosłego przemienił się na zimny, przesiąknięty jadem, trucizną.
- Przed laty było nas tysiące. Tak prymitywne istoty jak ludzie nie mogli nam nic zrobić. Byliśmy ich władcami, tańczyli, jak im zagraliśmy. Czuli strach i szacunek do wyższej rasy. A teraz? Jest nas zaledwie garstka. Kilkadziesiąt. I co? Znów widzę, że od ostatniej pełni ubyło nas jeszcze więcej! Ludzie nas stłamsili, sprowadzili do najniższej rangi! A wiecie co do tego doprowadziło? G Ł U P O T A.
- Gdyby nie to, że niektórzy z naszych braci i sióstr postanowili zaprzyjaźnić się z człowiekiem, pokazać mu nasze słabości, człowiek sprytnie nauczył się wykorzystywać tę wiedzę. Nauczył się jak nas niszczyć. Spowodował, że teraz musimy się ukrywać. Chować jak szczury w kanałach! A Kto powinien tu wyznaczać reguły? Dostojny wilk, dużo bardziej inteligentny, wytrzymały, piękny, czy zwykłe ścierwo?! Tak moi drodzy. Ludzie to ścierwo. Są źli i niegodni. Na nasze nieszczęście to oni mają przewagę liczebną. I mimo, zę większość nie ma o nas zielonego pojęcia to sa jeszcze Ci lepiej poinformowani, Łowcy. A Łowcy nie przestraszą kły czy warczenie.
Goran zawiesił na chwilę głos spoglądając w stronę Ellie po raz kolejny.
- Kiedy próbujemy się z nimi zaprzyjaźnić, kiedy bawimy się z nimi w kotka i myszkę, dajemy ludziom tylko sposobność na to, by zobaczyli kim na prawdę jesteśmy, a co za tym idzie, narażamy nie tylko siebie ale i całą familię. A na taką zabawę jest nas za mało. Jeżeli więc dojdą mnie słuchy, że którekolwiek z Was bliżej zaznajomi się z człowiekiem, to nie chciałbym być ani w Waszej, a tym bardziej w jego skórze - warknął na zakończenie. W Ellie natomiast zaczęło się kotłować. Czuła napływającą i rozsadzającą ją od środka wściekłość. Miała w tym momencie ochotę skoczyć mu do gardła i rozszarpać Gorana na strzępy. Nie zdążyła, gdyż Najsilniejszy wykonał jednego wielkiego susa zmieniając się w ogromnego, czarnego wilka. Wydał z siebie dziki odgłos oznajmiający, że polowanie czas zacząć. Polowanie na zasadach: żadnych tutejszych, tylko przyjezdni. Dla tych mniej szczęśliwych pozostawały okoliczne zwierzęta leśne i domowe. Ellie, podobnie jak cała reszta watahy puściła się pędem w głąb lasu. W tejże chwili wszystkie negatywne emocje opadły, tak na prawdę cały świat, jak za dotykiem czarodziejskiej różdżki przestał istnieć. Liczyło się tylko tu i teraz, a jedyne co dochodziło do jej uszu to jej własny oddech. Będąc wilkiem i biegnąć przed siebie Elisabeth nie czuła żadnych ograniczeń. Czuła się po prostu wolna, szczęśliwa, spełniona.
Nagle jej błyszczące oczy dostrzegły skraj lasu i błyskające gdzie nie gdzie światła przejeżdżających przez trasę samochodów. Do jej uszu dobiegł śmiech, beztroski dziewczęcy śmiech, a zaraz potem męski, melodyjny głos. Podchodząc jak najbliżej źródła dźwięków, spostrzegła starego land rovera zaparkowanego na poboczu, w którym siedziało dwoje młodych ludzi. Szkoda, że nie wiedzą, że nie wrócą z tej randki. Szkoda, że już nigdy nie będą upajać się sobą na wzajem. Prze przynajmniej umrą szybko, razem. Szczęśliwi.
Przeszłaś samą siebie!! Czytam po raz setny i nie mogę się nacieszyć, ze znam tak utalentowanego człowiek jak Ty <33333
OdpowiedzUsuńA.