Z jednodniowym opóźnieniem za co przepraszam!
Tego
właśnie Alex spodziewała się po starszym bracie- dowiedziawszy się o incydencie
z samochodem Robert zrobił jej wielką awanturę. Nazwał dziewczynę
nieodpowiedzialną i stwierdził, że jej zachowanie go zawiodło. Thomas starał
się załagodzić sytuację. Wcale nie był zły na Alex, wręcz przeciwnie. Był
zaskoczony, że dziewczyna już pierwszego dnia wraca z mandatem, ale cała
sytuacja go rozbawiła. W dodatku, kiedy Alex ze skruchą przepraszała go po raz
setny nie mógł powstrzymać śmiechu. Przez sprzeczkę Alex zapomniała komukolwiek
wspomnieć o dziewczynie, którą spotkała wracając do domu.
- Teraz znajdź jakąś pracę dorywczą,
żeby zwrócić pieniądze za mandat- zakończył spokojnie Robert. Tego również
spodziewała się dziewczyna, więc od razu po powrocie do domu przeszukała oferty
pracy dla uczniów i zaznaczyła kilka ogłoszeń jaskrawożółtym mazakiem.
- To nie będzie konieczne- wtrącił
Tom, który dotąd był tylko biernym słuchaczem całego zajścia.
- Owszem, będzie.
- Ale to moje auto, a ona…
- Pozwól Tom, że sam zajmę się jej
wychowaniem- Robert podniósł głos.
- Tylko kto zajmie się Twoim?-
zawtórował brunet- Jesteś tylko kilka lat straszy od niej, więc przestać bawić
się w ojca, a zacznij być bratem. Nie zastąpisz John’a.
Na wspomnienie o Johnie Cain’ie napięcie
w pokoju sięgnęło zenitu. Alex spoglądała na obu mężczyzn, którzy intensywnie
się w siebie wpatrywali. Niczym dwa lwy, które chciały zawalczyć o status
ważniejszego w stadzie. Dziewczyna zdawała sobie sprawę, że gdyby wzrok mógł
zabijać, to na jej oczach odegrałaby się scena rodem z westernu. Wyjątkiem była
broń i miejsce. Zamiast rewolwerów kowboje uzbrojeni byli w swój wzrok, a
wszystko miało miejsce w kuchni, a nie na głównej ulicy miasteczka na Dzikim
Zachodzie. Wiedziała, że jeśli za chwilę nie wkroczy do akcji, to wybije
południe i polecą pierwsze strzały.
- Robert ma rację- powiedziała
nagle. Oboje spojrzeli na nią zdziwieni, a Robert wymamrotał pod nosem kilka
słów, które układały się w „naprawdę mam rację?”.
- Tak naprawdę byłam na to gotowa i
znalazłam już kilka ogłoszeń w sprawie pracy. Jutro po szkole sprawdzę co i
jak. Tom- spojrzała na wyższego z nich- Raz jeszcze przepraszam. Powinnam była
zauważyć ten znak, a nie parkować na ślepo- uśmiechnęła się lekko poczym
przeniosła wzrok na brata- Masz rację- powiedziała- Jestem nieodpowiedzialna i
przykro mi, że Cię zawiodłam, ale… nie udawaj taty. On był jedyny w swoim
rodzaju- dokończyła powstrzymując łzy na wspomnienie o ojcu.
- A teraz wybaczcie, ale muszę
znaleźć Rosie i podać jej lekarstwo- dodała i wolnym krokiem wyszła z kuchni
zostawiając nadal zdziwionych mężczyzn za sobą.
W drodze do swojego pokoju, a raczej
tam gdzie po prostu sypia, rozglądała się za kotką, ale nigdzie jej nie było.
Gdy dotarła do pokoju nie musiała nawet włączać światła, ogromna i okrągła
tarcza księżyca świeciła na niebie rzucając blade światło na jej pokój i
wszystko wokoło. Alex przystanęła i przez chwilę wpatrywała się w srebrne koło.
Zamrugała szybko kilka razy, aby oderwać się od czaru księżyca. Sięgnęła po swoją
torbę i wyciągnęła z niej maść.
- Rosie!- zawołała rozglądając się
za kotką. Przez chwilę trwała cisza, którą przerwało nagłe, głośne miauknięcie.
Dziewczyna spojrzała w kierunku drzwi, czarna kotka siedziała spokojnie i
ponownie wydała z siebie miauknięcie, tym razem nieco cichsze.
- No chodź do mnie- powiedziała
łagodnie. Wolno i ostrożnie podeszła do zwierzęcia, ale kiedy było ono już na
wyciągnięcie ręki, nagle odskoczyło w tył i pobiegło wzdłuż korytarza.
Blondynka wychyliła się z pokoju i dostrzegła kotkę, która siedziała kilka
kroków przed nią. Gdy dziewczyna ruszyła w jej kierunku kotka znowu podreptała
przed siebie, a po kilku metrach się zatrzymała.
- Chcesz mi coś pokazać?- zapytała
na głos Alex- Cholera, gadam do kota- dodała cicho pod nosem.
Jednak kot czekał, aż dziewczyna
pójdzie w jego kierunku i tak, aż oboje dotarli do wiekowego regału na ksiązki.
Alexandra widziała wiele takich w tym domu. Szczególnie w ogromnym pokoju na
parterze. To była dopiero biblioteka! Pokaźny kominek i regały, których półki
uginały się pod ciężarem opasłych tomów książek o przeróżnej tematyce.
Kotka nagle wskoczyła na regał i
zaczęła drapać jedną z książek. Była najgrubsza i sądząc po wyglądzie, bardzo
stara. Alex wyciągnęła książkę spośród pozostałych i spojrzała na zniszczoną
okładkę zrobioną ze skóry. Było na niej ogromne koło a nad nim napis w
nieznanym jej języku. Dziewczyna spojrzała raz jeszcze na kotkę, która
miauknęła głośno i pobiegła z powrotem do pokoju. Blondynka udała się za nią.
Kot rozłożył się na łóżku. Alex odłożyła książkę na
biurko, wyciągnęła tubkę z maścią i od razu zajęła się kotem. Kotka zamruczała,
kiedy Alex wcierała maść w jej futerko. Najwyraźniej
nadal jest obolała, tak jak mówił weterynarz, pomyślała i uśmiechnęła się
lekko do siebie na wspomnienie o przystojnym lekarzu.
Myjąc w łazience ręce spojrzała na
swój nadgarstek i stwierdziła, że ciemna plama w kształcie dłoni, o której już
zdążyła zapomnieć, nie zniknęła. Jednak o tym również szybko zapomniała, kiedy
wróciwszy do pokoju spojrzała na książkę lezącą na biurku. Włączyła lampkę
nocną, usiadła na łóżku, a książkę położyła na kolanach. Gdy tylko ją otwarła
poczuła uścisk na lewym nadgarstku, w miejscu ciemnego śladu. Miała wrażenie,
że ktoś złapał ją rękę, ale zignorowała to dziwne uczucie i zaczęła przewracać
stare, pożółkłe strony. Wszystkie były zapisane tym samym dziwnym językiem co
tekst na okładce. Do kolejnej strony przyczepiona była biała kartka. Alex
prześledziła nagłówek „czar ochronny”. Spojrzała na kolejne kartki- do każdej
przeczepiona była taka sama biała kartka zapisana w jeżyku angielskim.
- To tłumaczenie- powiedziała
dziewczyna pod nosem i wyprostowała się. Złapała książkę mocniej w dłonie i
zaczęła śledzić obydwa teksty, oryginał i tłumaczenie. „Czar chroniący księgę
czarów.” Spojrzała raz jeszcze na oryginał i na tłumaczenie. Przymknęła książkę
i porównała znaki z okładki.
- „Księga czarów?”- zapytała samą
siebie nie dowierzając. Wstała z łóżka, a kiedy wraz z książką znalazła się w
świetle księżyca coś dziwnego zaczęło dziać się z ogromnym kołem na okładce.
Nagle rozświetliło się srebrnym blaskiem, niczym latarka. Alex wpatrywała się w
światło jak zaczarowana. Po kilku sekundach światło zbladło, dziewczyna
zamrugała i rozejrzała się wokoło. Znajdowała się w tym samym pięknym ogrodzie,
który śnił jej się wczoraj. Czuła słodką woń róż, rześki wiatr, słyszała szum
wody w ogromnej fontannie. Była zdezorientowana.
- Już nigdy więcej nie przeczytam Kinga przed snem- powiedziała do siebie.
- To nie jest sen- usłyszała za sobą
łagodny kobiecy głos. Odwróciła się i dostrzegła tę samą zakapturzoną postać.
- Kim jesteś?- zapytała blondynka.
- Księga dokonała wyboru-
powiedziała ignorując pytanie- Spadła na Ciebie ogromna odpowiedzialność. Musisz
pilnować, aby równowaga w naturze została zachowana i pamiętaj, święte jest wszystko
co stworzyła Matka Natura.
- C-co? Jaka odpowiedzialność?-
zdenerwowała się Alexandra.
- Alexandro Cain, w Twoich żyłach
płynie magiczna krew, przekazywana z pokolenia na pokolenie. Z babki na matkę,
z matki na córkę. Księga wybrała Cię z nie byle powodu. Używaj czarów w dobrych
intencjach, inaczej ciemność Cię pochłonie- powiedziała kobieta i zaczęła się
oddalać.
- Że co? Czekaj!- krzyknęła
dziewczyna- Jakich czarów?!
- Księga pomoże Ci odkryć prawdę, a
wtedy zrozumiesz. Pamiętaj, nikt nie jest tym, kim wydaje się być.
Kobieta zniknęła, a Alex stała
zdezorientowana na środku ogrodu. Nagle do jej uszu zaczęły dochodzić krzyki.
Ktoś wołał jej imię. Przymknęła oczy, a kiedy je otwarła dostrzegła, że znowu
znajduje się w swoim pokoju. Ogrodu już nie było, był natomiast pochylający się
nad dziewczyną.
- Alex! Alex!- wołał jej imię- Co się stało?- zapytał
kiedy dziewczyna się ocknęła.
- J-ja…- zająknęła się. W jednej
chwili chciała powiedzieć bratu całą prawdę. O dziwnym śnie i jeszcze
dziwniejszej książce, ale wewnętrzny głos mówił jej, żeby na razie zostawiła to
dla siebie.
- Pewnie zemdlałam- powiedziała
siląc się na uśmiech.
- Przeraziłaś mnie. Musimy jechać do
szpitala- powiedział, kiedy pomagał jej wstać z podłogi. Alex obrzuciła go
wrogim spojrzeniem. Szpitale były czymś czego dziewczyna nienawidziła.
- Alex, zemdlałaś!
- No i co z tego, kiedy ty
przyszedłeś do domu z zakrwawioną koszulą tez nie chciałeś jechać do szpitala-
powiedziała szybko dziewczyna i przypomniała bratu wydarzenie sprzed kilku
miesięcy, kiedy przebywali w Kanadzie.
- To co innego- odparł siadając obok
dziewczyny na łóżku.
- Co ty tutaj robisz tak w ogóle?-
zapytała
- Przyszedłem Cię przeprosić-
powiedział spuszczając głowę.- Nie potrzebnie tak na Ciebie naskoczyłem. Tom ma
rację, jestem Twoim bratem nie ojcem- powiedział i usiadł obok dziewczyny.
- Czyli nie muszę oddawać tej kasy?-
zaśmiała się.
- Co? Nie, nie. Nadal wisisz Tomowi
150 dolców, tego Ci nie odpuszczę.
- Warto było spróbować- uśmiechnęła
się i dała bratu kuksańca w ramię. Robert podniósł się i skierował do drzwi.
- Jutro pierwszy dzień w szkole. Zdenerwowana?-
zapytał z uśmiechem stojąc w drzwiach.
- Przerabiałam to już tyle razy, że
mogę dawać lekcje jak radzić sobie ze stresem w pierwszy dzień w szkole
średniej- zaśmiała się.
- Tylko bez podrywów- powiedział
poważnym tonem chłopak.
- Dobranoc Robercie- powiedziała
głośno dziewczyna i rzuciła w brata poduszką. Chłopak uniknął zderzenia szybko
zamykając drzwi.
- Dobranoc!- krzyknął.
Noc nie należała do
najprzyjemniejszych. Alex nie mogła przestać myśleć o tym, co wydarzyło się
kilka godzin temu. Wszystko było takie nierealne. Zdawała sobie sprawę, że nie może
nikomu o tym powiedzieć, nawet Robertowi. W końcu jak miałaby to zrobić? „Dzień
dobry Robert! Wiesz co, znalazłam dziwną książkę, która niczym świstoklik z
Harrego Pottera przeniosła mnie do nieistniejącego ogrodu, gdzie jakaś laska w
kapturze powiedziała, że płynie we mnie czarodziejska krew, którą
odziedziczyłam po naszej mamie, a ta po babci. Super, co nie?.”
Dziewczyna przewróciła się na drugi bok i spojrzała za okno gdzie na niebie
nadal królował okrągły księżyc. Przypomniała sobie o tym, że jutro spędzi cały
dzień w szkole. Nowej szkole. Chociaż przerabiała to już setki razy, to ciągle
czuła ten sam dziwny ucisk w żołądku. Stres. Nagle ciszę nocną przeszyło wilcze
wycie. Alexandra usłyszała trzaski na zewnątrz, wstała z łóżka i podeszła do
okna. Dostrzegła jak jej brat i Thomas pospiesznie wkładają do samochodu jakieś
torby i odjeżdżają z piskiem opon.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz