poniedziałek, 20 sierpnia 2012

5. Kot.

Z jednodniowym opóźnieniem za co przepraszam!


        Tego właśnie Alex spodziewała się po starszym bracie- dowiedziawszy się o incydencie z samochodem Robert zrobił jej wielką awanturę. Nazwał dziewczynę nieodpowiedzialną i stwierdził, że jej zachowanie go zawiodło. Thomas starał się załagodzić sytuację. Wcale nie był zły na Alex, wręcz przeciwnie. Był zaskoczony, że dziewczyna już pierwszego dnia wraca z mandatem, ale cała sytuacja go rozbawiła. W dodatku, kiedy Alex ze skruchą przepraszała go po raz setny nie mógł powstrzymać śmiechu. Przez sprzeczkę Alex zapomniała komukolwiek wspomnieć o dziewczynie, którą spotkała wracając do domu.
            - Teraz znajdź jakąś pracę dorywczą, żeby zwrócić pieniądze za mandat- zakończył spokojnie Robert. Tego również spodziewała się dziewczyna, więc od razu po powrocie do domu przeszukała oferty pracy dla uczniów i zaznaczyła kilka ogłoszeń jaskrawożółtym mazakiem.
            - To nie będzie konieczne- wtrącił Tom, który dotąd był tylko biernym słuchaczem całego zajścia.
            - Owszem, będzie.
            - Ale to moje auto, a ona…
            - Pozwól Tom, że sam zajmę się jej wychowaniem- Robert podniósł głos.
            - Tylko kto zajmie się Twoim?- zawtórował brunet- Jesteś tylko kilka lat straszy od niej, więc przestać bawić się w ojca, a zacznij być bratem. Nie zastąpisz John’a.
            Na wspomnienie o Johnie Cain’ie napięcie w pokoju sięgnęło zenitu. Alex spoglądała na obu mężczyzn, którzy intensywnie się w siebie wpatrywali. Niczym dwa lwy, które chciały zawalczyć o status ważniejszego w stadzie. Dziewczyna zdawała sobie sprawę, że gdyby wzrok mógł zabijać, to na jej oczach odegrałaby się scena rodem z westernu. Wyjątkiem była broń i miejsce. Zamiast rewolwerów kowboje uzbrojeni byli w swój wzrok, a wszystko miało miejsce w kuchni, a nie na głównej ulicy miasteczka na Dzikim Zachodzie. Wiedziała, że jeśli za chwilę nie wkroczy do akcji, to wybije południe i polecą pierwsze strzały.
            - Robert ma rację- powiedziała nagle. Oboje spojrzeli na nią zdziwieni, a Robert wymamrotał pod nosem kilka słów, które układały się w „naprawdę mam rację?”.
            - Tak naprawdę byłam na to gotowa i znalazłam już kilka ogłoszeń w sprawie pracy. Jutro po szkole sprawdzę co i jak. Tom- spojrzała na wyższego z nich- Raz jeszcze przepraszam. Powinnam była zauważyć ten znak, a nie parkować na ślepo- uśmiechnęła się lekko poczym przeniosła wzrok na brata- Masz rację- powiedziała- Jestem nieodpowiedzialna i przykro mi, że Cię zawiodłam, ale… nie udawaj taty. On był jedyny w swoim rodzaju- dokończyła powstrzymując łzy na wspomnienie o ojcu.
            - A teraz wybaczcie, ale muszę znaleźć Rosie i podać jej lekarstwo- dodała i wolnym krokiem wyszła z kuchni zostawiając nadal zdziwionych mężczyzn za sobą.
            W drodze do swojego pokoju, a raczej tam gdzie po prostu sypia, rozglądała się za kotką, ale nigdzie jej nie było. Gdy dotarła do pokoju nie musiała nawet włączać światła, ogromna i okrągła tarcza księżyca świeciła na niebie rzucając blade światło na jej pokój i wszystko wokoło. Alex przystanęła i przez chwilę wpatrywała się w srebrne koło. Zamrugała szybko kilka razy, aby oderwać się od czaru księżyca. Sięgnęła po swoją torbę i wyciągnęła z niej maść.
            - Rosie!- zawołała rozglądając się za kotką. Przez chwilę trwała cisza, którą przerwało nagłe, głośne miauknięcie. Dziewczyna spojrzała w kierunku drzwi, czarna kotka siedziała spokojnie i ponownie wydała z siebie miauknięcie, tym razem nieco cichsze.
            - No chodź do mnie- powiedziała łagodnie. Wolno i ostrożnie podeszła do zwierzęcia, ale kiedy było ono już na wyciągnięcie ręki, nagle odskoczyło w tył i pobiegło wzdłuż korytarza. Blondynka wychyliła się z pokoju i dostrzegła kotkę, która siedziała kilka kroków przed nią. Gdy dziewczyna ruszyła w jej kierunku kotka znowu podreptała przed siebie, a po kilku metrach się zatrzymała.
            - Chcesz mi coś pokazać?- zapytała na głos Alex- Cholera, gadam do kota- dodała cicho pod nosem.
            Jednak kot czekał, aż dziewczyna pójdzie w jego kierunku i tak, aż oboje dotarli do wiekowego regału na ksiązki. Alexandra widziała wiele takich w tym domu. Szczególnie w ogromnym pokoju na parterze. To była dopiero biblioteka! Pokaźny kominek i regały, których półki uginały się pod ciężarem opasłych tomów książek o przeróżnej tematyce.
            Kotka nagle wskoczyła na regał i zaczęła drapać jedną z książek. Była najgrubsza i sądząc po wyglądzie, bardzo stara. Alex wyciągnęła książkę spośród pozostałych i spojrzała na zniszczoną okładkę zrobioną ze skóry. Było na niej ogromne koło a nad nim napis w nieznanym jej języku. Dziewczyna spojrzała raz jeszcze na kotkę, która miauknęła głośno i pobiegła z powrotem do pokoju. Blondynka udała się za nią.
Kot rozłożył się na łóżku. Alex odłożyła książkę na biurko, wyciągnęła tubkę z maścią i od razu zajęła się kotem. Kotka zamruczała, kiedy Alex wcierała maść w jej futerko. Najwyraźniej nadal jest obolała, tak jak mówił weterynarz, pomyślała i uśmiechnęła się lekko do siebie na wspomnienie o przystojnym lekarzu.
            Myjąc w łazience ręce spojrzała na swój nadgarstek i stwierdziła, że ciemna plama w kształcie dłoni, o której już zdążyła zapomnieć, nie zniknęła. Jednak o tym również szybko zapomniała, kiedy wróciwszy do pokoju spojrzała na książkę lezącą na biurku. Włączyła lampkę nocną, usiadła na łóżku, a książkę położyła na kolanach. Gdy tylko ją otwarła poczuła uścisk na lewym nadgarstku, w miejscu ciemnego śladu. Miała wrażenie, że ktoś złapał ją rękę, ale zignorowała to dziwne uczucie i zaczęła przewracać stare, pożółkłe strony. Wszystkie były zapisane tym samym dziwnym językiem co tekst na okładce. Do kolejnej strony przyczepiona była biała kartka. Alex prześledziła nagłówek „czar ochronny”. Spojrzała na kolejne kartki- do każdej przeczepiona była taka sama biała kartka zapisana w jeżyku angielskim.
            - To tłumaczenie- powiedziała dziewczyna pod nosem i wyprostowała się. Złapała książkę mocniej w dłonie i zaczęła śledzić obydwa teksty, oryginał i tłumaczenie. „Czar chroniący księgę czarów.” Spojrzała raz jeszcze na oryginał i na tłumaczenie. Przymknęła książkę i porównała znaki z okładki.
            - „Księga czarów?”- zapytała samą siebie nie dowierzając. Wstała z łóżka, a kiedy wraz z książką znalazła się w świetle księżyca coś dziwnego zaczęło dziać się z ogromnym kołem na okładce. Nagle rozświetliło się srebrnym blaskiem, niczym latarka. Alex wpatrywała się w światło jak zaczarowana. Po kilku sekundach światło zbladło, dziewczyna zamrugała i rozejrzała się wokoło. Znajdowała się w tym samym pięknym ogrodzie, który śnił jej się wczoraj. Czuła słodką woń róż, rześki wiatr, słyszała szum wody w ogromnej fontannie. Była zdezorientowana.
            - Już nigdy więcej nie przeczytam Kinga przed snem- powiedziała do siebie.
            - To nie jest sen- usłyszała za sobą łagodny kobiecy głos. Odwróciła się i dostrzegła tę samą zakapturzoną postać.
            - Kim jesteś?- zapytała blondynka.
            - Księga dokonała wyboru- powiedziała ignorując pytanie- Spadła na Ciebie ogromna odpowiedzialność. Musisz pilnować, aby równowaga w naturze została zachowana i pamiętaj, święte jest wszystko co stworzyła Matka Natura.
            - C-co? Jaka odpowiedzialność?- zdenerwowała się Alexandra.
            - Alexandro Cain, w Twoich żyłach płynie magiczna krew, przekazywana z pokolenia na pokolenie. Z babki na matkę, z matki na córkę. Księga wybrała Cię z nie byle powodu. Używaj czarów w dobrych intencjach, inaczej ciemność Cię pochłonie- powiedziała kobieta i zaczęła się oddalać.
            - Że co? Czekaj!- krzyknęła dziewczyna- Jakich czarów?!
            - Księga pomoże Ci odkryć prawdę, a wtedy zrozumiesz. Pamiętaj, nikt nie jest tym, kim wydaje się być.
            Kobieta zniknęła, a Alex stała zdezorientowana na środku ogrodu. Nagle do jej uszu zaczęły dochodzić krzyki. Ktoś wołał jej imię. Przymknęła oczy, a kiedy je otwarła dostrzegła, że znowu znajduje się w swoim pokoju. Ogrodu już nie było, był natomiast pochylający się nad dziewczyną.      
- Alex! Alex!- wołał jej imię- Co się stało?- zapytał kiedy dziewczyna się ocknęła.
            - J-ja…- zająknęła się. W jednej chwili chciała powiedzieć bratu całą prawdę. O dziwnym śnie i jeszcze dziwniejszej książce, ale wewnętrzny głos mówił jej, żeby na razie zostawiła to dla siebie.
            - Pewnie zemdlałam- powiedziała siląc się na uśmiech.
            - Przeraziłaś mnie. Musimy jechać do szpitala- powiedział, kiedy pomagał jej wstać z podłogi. Alex obrzuciła go wrogim spojrzeniem. Szpitale były czymś czego dziewczyna nienawidziła.
            - Alex, zemdlałaś!
            - No i co z tego, kiedy ty przyszedłeś do domu z zakrwawioną koszulą tez nie chciałeś jechać do szpitala- powiedziała szybko dziewczyna i przypomniała bratu wydarzenie sprzed kilku miesięcy, kiedy przebywali w Kanadzie.
            - To co innego- odparł siadając obok dziewczyny na łóżku.
            - Co ty tutaj robisz tak w ogóle?- zapytała
            - Przyszedłem Cię przeprosić- powiedział spuszczając głowę.- Nie potrzebnie tak na Ciebie naskoczyłem. Tom ma rację, jestem Twoim bratem nie ojcem- powiedział i usiadł obok dziewczyny.
            - Czyli nie muszę oddawać tej kasy?- zaśmiała się.
            - Co? Nie, nie. Nadal wisisz Tomowi 150 dolców, tego Ci nie odpuszczę.
            - Warto było spróbować- uśmiechnęła się i dała bratu kuksańca w ramię. Robert podniósł się i skierował do drzwi.
            - Jutro pierwszy dzień w szkole. Zdenerwowana?- zapytał z uśmiechem stojąc w drzwiach.
            - Przerabiałam to już tyle razy, że mogę dawać lekcje jak radzić sobie ze stresem w pierwszy dzień w szkole średniej- zaśmiała się.
            - Tylko bez podrywów- powiedział poważnym tonem chłopak.
            - Dobranoc Robercie- powiedziała głośno dziewczyna i rzuciła w brata poduszką. Chłopak uniknął zderzenia szybko zamykając drzwi.
            - Dobranoc!- krzyknął.

            Noc nie należała do najprzyjemniejszych. Alex nie mogła przestać myśleć o tym, co wydarzyło się kilka godzin temu. Wszystko było takie nierealne. Zdawała sobie sprawę, że nie może nikomu o tym powiedzieć, nawet Robertowi. W końcu jak miałaby to zrobić? „Dzień dobry Robert! Wiesz co, znalazłam dziwną książkę, która niczym świstoklik z Harrego Pottera przeniosła mnie do nieistniejącego ogrodu, gdzie jakaś laska w kapturze powiedziała, że płynie we mnie czarodziejska krew, którą odziedziczyłam po naszej mamie, a ta po babci. Super, co nie?.” 
          Dziewczyna przewróciła się na drugi bok i spojrzała za okno gdzie na niebie nadal królował okrągły księżyc. Przypomniała sobie o tym, że jutro spędzi cały dzień w szkole. Nowej szkole. Chociaż przerabiała to już setki razy, to ciągle czuła ten sam dziwny ucisk w żołądku. Stres. Nagle ciszę nocną przeszyło wilcze wycie. Alexandra usłyszała trzaski na zewnątrz, wstała z łóżka i podeszła do okna. Dostrzegła jak jej brat i Thomas pospiesznie wkładają do samochodu jakieś torby i odjeżdżają z piskiem opon.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz