środa, 22 sierpnia 2012

6. "Ich jest dwóch."


     Siedziała na drzewie wtulona głową w wyrastający z pnia konar. Poranny, delikatny wiatr mierzwił jej włosy, a twarz otulały przyjemnym ciepłem pierwsze promienie wstającego słońca. To będzie piękny dzień, to pewne. Zacisnęła mocno powieki, a po chwili poczuła, jak jedna, jedyna łza spływa po jej pewnym policzku. Cała dygotała i sama nie wiedziała, czy z zimna, czy z przerażenia. Nie potrafiła jeszcze zabijać z taką łatwością, z jaką przychodziło to Goranowi czy nawet Blake'owi. Zaczęła polować dopiero niedawno, kiedy przejęła pełną kontrolę nad swoją transformacją.
     Teraz jej wzrok spoczął na nagim, brudnym od ziemi i krwi ciele. Całe szczęście, że jej ubrania są tuż pod nią. Mozolnymi ruchami zgramoliła się z grubego pnia. W głowie znów huczało, ale tym razem nie czuła bólu nie do wytrzymania, który rozsadzał ją od środka, a samo w sobie dziwne uczucie można było nazwać przyjemnym, wręcz uzależniającym. Pewnie reszta watahy już dawno uprzątnęła ślady jakiejkolwiek zbrodni a o tej porze wszyscy są już dawno w domach. Nagle Ellie zaświtała w głowie myśl, pytanie. Dlaczego tak właściwie ona jeszcze tu siedzi?
     Szybko ubrała się i przeczesała dłonią długie blond włosy. Kierując się w stronę domu próbowała uporządkować myśli, które teraz kłóciły się ze sobą. Z jednej strony to, co zrobiła, leżało w jej naturze, dawało możliwość istnienia. Z drugiej wyrządzała potworna rzecz. Potworną rzecz, którą kochała.
     Kiedy dotarła do domu przywitało ją głośne, wymowne cmokanie. Stanęła twarzą w twarz z Blake'm, który o tej porze był już
     - Już miałem nadzieję, że Cię zastrzelili - odparł ironicznie. Widać było jednak, że poczuł ulgę na widok blondynki, nawet, kiedy wyglądała jakby wychowywała się w dżungli. Elisabeth pytająco spojrzała na przyrodniego brata. Doskonale wiedziała o co chodzi. Kolejne polowanie, kolejna ofiara.
     - Kto....
     - Yasminne Evans. Polowała koło rezydencji White'a.
     - Tylko? - dziewczyna zmarszczyła brwi.
     - Nie. Jeszcze Tom de Longre. I mnie drasnęli....
     - Drasnęli?! - Ellie poczuła jak wpada w panikę. - Jak to drasnęli?!
     - No srebrną kulą. Taką malutka. Z broni.
     - Co....pokaż! - Elli doskoczyła do silnego ramienia chłopaka. Dopiero teraz dostrzegła, że widnieje na nim ciasno zawinięty bandaż. Powoli ściągnęła opatrunek, a dostrzegając przy tym, grymas na twarzy Blake'a starała się być jak najbardziej delikatna. Jej oczom ukazał się wypalony kawałek skóry.
     - Wygląda okropnie! Byłeś u Wayne'a? - dziewczyna delikatnie umieściła opatrunek na swoi miejscu.
     - Nie mam zamiaru prosić się o pomoc tego kretyna.
     - Jak Ci przynosi surowicę, to też jest kretynem? On da Ci lekarstwo. Chyba, że wolisz być wilkiem bez łapy.
    Blake rzucił jej zabójcze spojrzenie, ale wiedziała, że już nie znajdzie dobrych argumentów, by ją przebić. Byłoby to wielce nierozsądne z jego strony, a Ellie doskonale o tym wiedziała.
     - Jeszcze przed szkołą pojedziemy do kliniki. Daj mi chwilę, ogarnę się  - dziewczyna klasnęła w dłonie i ruszyła w górę po schodach.
     - Ellie, Goran chce Cię widzieć....
     - Po co? - dziewczyna zatrzymała się krzywiąc twarz.
     - Jestem tylko jego synem, nie wiem, co mu siedzi w głowie - westchnął chłopak i zniknął w pokoju obok.
     Kiedy tylko Elisabeth umyła się i ubrała w czyste ubrania uderzyła ją myśl, że za chwilę spotka się z Goranem, na co w ogóle nie miała ochoty. Idąc w stronę jego gabinetu zastanawiała się, czy mężczyzna zdaje sobie sprawę, że jego pierworodny został draśnięty przez Łowcę i że przy odrobinie nieszczęścia mógłby już nie żyć. Mimo wszystko postanowiła go nie uświadamiać, gdyż prawdopodobnie rozwścieczyłoby to Najsilniejszego, a odbiłoby się to na wszystkich mieszkających w rezydencji.
     " Żeby tylko " mruknęła pod nosem uśmiechając się lekko i pchnęła mahoniowe drzwi. W środku ku jej zdziwieniu nie było jednak nikogo. Nie zwracając na to większej uwagi dziewczyna zamknęła za sobą drzwi i rozejrzała wkoło. Jeszcze nigdy nie była sama w tym pomieszczeniu. Nikt oprócz samego orana nigdy nie bywał tu sam. Ten pokój należał tylko do niego i był jego prywatnym sacrum.
     Pokój był wytwornie urządzony. Na trzech ścianach rozciągały się tysiące ksiąg w starych oprawach. Po środku stało hebanowe, ręcznie robione biurko udekorowane płaskorzeźbami, na nim zaś stała stara , szykowna lampa naftowa. Goran zawsze miał w sobie coś staroświeckiego, a styl, w którym urządzono gabinet tylko to odzwierciedlał.
     - Rozgościłaś się? - Dziewczyna aż podskoczyła słysząc nagle głos Najsilniejszego za sobą.
    - Postanowiłam nie zajmować Twojego miejsca za biurkiem - mruknęła. - Podobno chciałeś koniecznie mnie zobaczyć. Zakładam, że jest to związane z wczorajszym polowaniem. Ale to raczej nie moja wina, że oni zginęli. Ja nie zbliżałam się do White'a.
     - To na pewno duża strata dla watahy... Mój syn też nie wykazał się zbyt wielką ostrożnością. Chociaż to dziwne, że Łowca wypuszcza się akurat w pełnię na polowanie. Ale to nie o tym chciałem z Tobą pomówić.
     Zapadła cisza. Teraz Ellie poczuła się zbita z pantałyku. Starała się jednak za wszelką cenę tego po sobie nie pokazywać. Instynktownie wyczuła, że to, co zaraz usłyszy, nie będzie niczym przyjemnym.
     - Przez bardzo długi okres Ci się przyglądałem... - Goran położył dziewczynie dłoń na ramieniu. - Najpierw widziałem jak dorastasz, jak stajesz się dorosła, potem, jak odkrywasz w sobie wilka..... Jesteś zdolna, szybko się uczysz.
     - Do czego zmierzasz? - Elisabeth czuła, że drży jej głos.
     - Kiedy umarła Vivienne, matka Blake'a, cierpiałem długo. Bardzo długo. Ale wydaje mi się, że nadszedł pewien moment zwrotny. Że to, co było w przeszłości powinno tam pozostać i nie mieć wpływu na teraźniejszość ani tym bardziej na przyszłość. A Ty jesteś idealną kandydatką na zonę.
     Ellie czuła uderzające ją z każdym następnym słowem gorąco. Modliła się w duchu, żeby to tylko był sen. Chciała się jak najszybciej z niego obudzić i zapomnieć o tym, co się właśnie działo.
     - Przy najbliższej Pełni przedstawię watasze moją nową narzeczoną. A kiedy tylko wszystkie warunki zostaną spełnione, podzielisz ze mną łoże.
     - Chyba żartujesz?! - Ellie przestała kontrolować samą siebie. -  Mam zostać Twoja samicą, rodzić Ci dzieci i udawać kochająca żonę?! Jesteś moim wujkiem do cholery! Wychowywałeś mnie!
    - Wiesz, że u nas nie ma to najmniejszego znaczenia Elisabeth - warknął nieco ostrzej. - I wiesz też, że nic nie powstrzyma mojej decyzji, zgadza się?
     W tym przypadku Goran niestety miał rację. Bo o ile Ellie mogła do woli omijać jego reguły i zakazy, o tyle w tym przypadku na prawdę nie miała nic do gadania. A ta perspektywa tym bardziej ją dobijała.
     - Chociażby nie wiem co, to nigdy dobrowolnie tego nie zrobię, rozumiesz Goran?!
     - Widzę, że musisz oswoić się z tą perspektywą! - mężczyzna wycedził przez zęby rzucając jej groźne spojrzenie.
     - Nigdy - warknęła Elisabeth i zatrzasnęła za sobą drzwi. Opierając się o ścianę i lekko osuwając w dół zacisnęła zęby i powieki. Nie mogła opanować ogarniającej ją wściekłości i poczucia bezradności.Wiedziała jedno: nie mogła na to pozwolić. Wolałaby umrzeć, niżeliby zostać żoną Gorana. W tej chwili usłyszała, jak ktoś wchodzi po schodach. W momencie zerwała się z miejsca i wzięła głęboki oddech.
     - Schodzisz? - zobaczyła Blake'a zaglądającego znad barierki. Miała ochotę mu to wszystko powiedzieć. Wypłakać się komuś. Ale nie, nie mogła. Doskonale wiedziała jaka byłaby jego reakcja wściekłby się, Nie na ojca, na nią.
     - Jasne już idę - uśmiechnęła się sztucznie.
     - Co on od Ciebie znowu chciał?
     - Chciał.... Mówił, żebym była ostrożna, wiesz White i te sprawy. Jedźmy już, zanim wda Ci się w ramię zakażenie.
     Tak oto urywając temat wyminęła bruneta i skierowała się w stronę wyjścia zabierając przy tym kluczyki do czerwonego, sportowego porsche. 
     - Jedziesz samochodem Gorana?
     - A dlaczego nie? - uśmiechnęła się złowieszczo.
     Droga minęła cicho, spokojnie. Żadne z nich nie miało ochoty się odzywać. Po głowie Ellie znów chodziło dużo myśli, zdecydowanie za dużo. W klinice także panowały raczej posępne klimaty. Jedynym stwierdzeniem, które padło było "Tylko mnie drasnęli". Drasnęli... Drasnęli? W głowie Ellie rozbłysła nowa myśl.
     - Ich jest dwóch.... - wymamrotała wbijając wzrok w ścianę.
     - Co? - Wayne i Blake spojrzeli na nią w tym samym momencie.
     - To oczywiste! Jest dwóch Łowców! Nie jeden!
     A Elisabeth już wiedziała, że nowy gość Thomasa White'a stał się jego wspólnikiem.

1 komentarz: