niedziela, 28 października 2012

8."Dwie wiedźmy."


       Siedząc na drzewie przy domu Blake'a wpatrywała się w jasne okna. Obserwowała trzy przemieszczające się postaci, każde zajmujące się z pozoru inną rzeczą, a tak na prawdę umiejętnie ze sobą współpracujących. Śmiali się, cieszyli. Obrazek rodem z American Dream. Nieświadomi, że ktoś przygląda się ich zajęciom.
       Po policzku Ellie spłynęła jedna, słona, kryształowa łza. Teraz patrzała na uśmiechniętą blondynkę, którą spotykała już wcześniej w szkole. Przygotowywała coś do jedzenia, kiedy nagle z zaskoczenia podbiegł do niej od tyłu przystojny brunet, zaczynając ją w tej samej chwili łaskotać. Z drugiego okna dojrzeć można było samego White'a pokładającego się ze śmiechu. Dziwnie było widzieć z takiej sytuacji z reguły tak smutnego i posępnego człowieka.
       W tym samym momencie z dołu dało się słyszeć nienaturalnie głośne miauczenie. Cholerna kotka Thomasa! Gdyby nie ona, życie Ellie byłoby dużo łatwiejsze. W tym momencie dziewczyna dostrzegła jak dwaj mężczyźni jeszcze chwilę temu śmiejący się wniebogłosy teraz przyjęli kamienny wyraz twarzy i zerwali się z miejsc w stronę wyjścia. Blondynka jednym zwinnym susem zeskoczyła z drzewa. Poprawiła włosy i stanęła naprzeciwko dwóch Łowców. Ramię White'a wydłużał srebrny, wycelowany w dziewczynę zaostrzony pręt. Ellie skakała z jednej postaci na drugą starając się nie patrzeć im w oczy.
       - Ja tylko... - wydukała udając wystraszoną. Wiedziała, że jedynym wyjściem z sytuacji będzie wykazania się talentem aktorskim.- Przechodziłam obok, trochę zabłądziłam i tylko chciałam zapytać o drogę....
       Mężczyźni nie spuszczali z niej oczu, a Tom nadal trzymał broń w ręku.
       - Czyżby... - wycedził przez zaciśnięte zęby. Podszedł bliżej i dotknął prętem brzucha Ellie.   Dziewczyna wzdrygnęła się i uniosła ręce w górę. Czyżby White nie wiedział, że srebro dział tylko na gołą skórę?
       - Tom, daj spokój.... - jego kompan osunął jego rękę nieco niżej, tak, że pręt stracił kontakt z ciałem Ellie.
      - Jak się nazywasz? - White nie dawał za wygraną.
      - Ellie Winchester. - W tej kwestii nie było sensu kłamać. Mógł to sprawdzić w przeciągu pięciu minut.
      - Co tu robisz?
      - Już mówiłam, zabłądziłam. Musiałam źle skręcić na wysokości alei Willow.
      - Gdzie mieszkasz?
      - Czy to jakieś przesłuchanie? - Elisabeth zmarszczyła brwi. Zapadła niezręczna cisza, a dziewczyna nadal czuła na sobie wzrok łowcy.
      - Robert podrzuci Cię do miasta. - mruknął White odwracając się na pięcie, po czym zniknął za drzwiami domu.
      - Przepraszam za niego. Bywa mało gościnny. - Drugi Łowca odezwał się nieco bardziej ciepłym głosem, a na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Czyli oboje połknęli przynętę!
     - Dlaczego on....
     - Odkąd zaginęła jego siostra trochę zdziwaczał, rozumiesz, samotność, poszukiwania, to wszystko robi swoje. Zapraszam do wozu.
      Oboje ruszyli w stronę podjazdu, na którym stał stary, czarny, stylowy mustang. Chłopak obszedł samochód i nim Ellie zdążyła wyciągnąć rękę, drzwi stały już przed nią otworem.
      - Dałabym sobie radę....- uśmiechnęła się szeroko. Udawanie ofiary losu jednak jej wychodziło.
      - Skoro już zostałem oddelegowany do pracy szofera, to nie będę odwalać fuszerki- Chłopak nie spuszczał dziewczyny z oka. Śledził każdy jej ruch. Czyżby jednak nie uwierzył jej na słowo? Brunet zamknął za nią drzwiczki i sam wsiadł do wozu.
      - Dokąd jedziemy?
      - St. George Avenue, Desire Pub.
      - Zapraszasz mnie na drinka?
      - Nie, jestem już umówiona - mruknęła, z przelotnym uśmiechem na twarzy.
      Podróż minęła szybko i wesoło. Przez ten niewielki odcinek czasu poruszali wiele tematów, ale w tym przypadku to raczej Łowca był bardziej wylewny. Ellie trzymała wyraźną rezerwę. A kiedy tylko spostrzegła, że chłopak odwiózł ją dokładnie w to miejsce,  które prosiła, wyraźnie odetchnęła z ulgą.
      - Dziękuję Ci bardzo. Nie wiem, jak bym sobie bez Ciebie poradziła !
      Jak? Posiedziałaby jeszcze chwilę na tym głupim drzewie a potem niepostrzeżenie zniknęła w krzakach.
      - Nie ma sprawy. Polecam się na przyszłość. Jestem Robert, tak przy okazji - wyciągnął dłoń w stronę blondynki.
      - Ellie, ale to już chyba wiesz - ścisnęła dłoń mężczyzny i nagle poczuła niesamowite pieczenie. Równie szybko wyrwała rękę z objęcia.
      - Prąd - skłamała odruchowo malując na swojej twarzy sztuczny uśmiech. Ukradkiem spojrzała na dłoń Rob'a. Srebrny sygnet! No jasne! Jak mogła być tak nieostrożna. Poczuła, jak zaczyna robić się jej gorąco. Jednak chłopak tylko uśmiechnął się do niej szeroko.
      - Do zobaczenia, Ellie - powiedział tym samym, ciepłym głosem.
      - Mam nadzieję! - dziewczyna pospiesznie wysiadła z samochodu i upewniając się że Robert nie widzi, spojrzała na swoją dłoń. Widniał na niej paskudnie wyglądający wypalony kawałek skóry.
Kiedy tylko mustang zniknął z pola widzenia, dziewczyna weszła do najbliższej w okolicy knajpy oszołomionej starym, niebieskim, dogasającym neonem Desire Pub.
      O tej porze roiło się tam od ludzi. Wilkołaków - w większości. Właścicielką tej rudery była z resztą wilczyca z krwi i kości, Tanya, kobieta o nieco orientalnej urodzie i ognistym temperamencie. Nie należało z nią zadzierać, bo nigdy nie było wiadomo, do czego może się posunąć.
Tymczasem stała jednak niepozornie za barem i nalewała rozmaity alkohol klientom. Już od samego wejścia zauważyła Ellie i zerkała na nią spode łba.
     - Proszę proszę, tak wana persona w tak  przyziemnym miejscu? - zapytała ironicznie. Nie mogła sobie wybaczyć, że Goran wybrał na przyszłą żonę nie ją, a właśnie Elisabeth.
     - Daj spokój Tanya. Podasz mi tequile? - Ellie usiadła na wysokim krześle zaraz przy barze i podparła zdrową dłonią głowę. Oczom Tanyi nie mogła umknąć rana na jej drugiej ręce.
     - Co Ci się stało w łapę? - zapytała stawiając przed Elisabeth kieliszek przezroczystego trunku.
     - Srebro - warknęła blondynka wypijając zawartość kieliszka.
     - Jako przyszła "królowa" powinnaś chyba na siebie uważać a nie bezmyślnie się włóczyć? - w głosie kobiety słychać było raczej przekąs niż faktyczną troskę.
    - Zdajesz sobie sprawę, że jeżeli na tym świecie istniałby jakikolwiek sposób na odwrócenie woli Gorana to chętnie bym z niego skorzystała? Nie musisz być aż tak ironiczna.
     - Widocznie słabo szukasz - skwitowała kobieta.
     - Czyżby?- Ellie uniosła jedną brew wyżej.
     - Najwyraźniej mam na ten temat nieco większą wiedzę niż Ty, dziecinko.
     - Skoro wiesz to słucham! Jak mogę go przekonać do zmiany zdania?
     Tanya zaśmiała się w głos.
     - Na prawdę jesteś taka naiwna i sądzisz, że Ci powiem?
     - Powiesz. - odparła blondynka z przekonaniem w głosie.
     - Ha! Niby dlaczego miałabym to robić?
     - Z bardzo prostego powodu. Przecież obie wiemy, że ta decyzja Ci nie na rękę i że sama najchętniej zostałabyś jego żoną.
     Tanya z zastanowieniem i zaciekawieniem spojrzała na dziewczynę.
     - Nawet nie jesteś taka głupia na jaką wyglądasz, Elisabeth... Jesteś młoda, możesz nie pamiętać takich faktów... Ale Najsilniejszy, by małżeństwo było ważne i pełnie zawarte, musi zawrzeć je podczas pełni, przy blasku księżyca.
     - To chyba nie jest dla Gorana problem.... - zauważyła blondynka.
     - Owszem. Ale jest pewna niedogodność w tym wszystkim. Potrzebna jest jeszcze wtedy... ofiara. Ale nie taka zwykła. Nie chodzi tu o przeciętnego śmiertelnika.
     - Nie bardzo rozumiem o czym mówisz Tanya.
     - Chodzi o to, że w tę jakże magiczną noc pełną miłości i szczęścia oboje z Goranem musicie wypić krew czarownicy. I momentu w którym Najsilniejszy jej nie znajdzie, to nie weźmie z Tobą ślubu.
     - Świetnie! - dla Elisabeth było to światełko w tunelu. - Czarownice przecież nie chodzą sobie od tak po ziemi!
     - Wilkołaki też nie, prawda? Wieści głoszą, że w Salem na chwilę obecną przebywają dwie wiedźmy. I jeżeli nie chcesz wziąć ślubu z Goranem, to nie pozwól mu za wszelką cenę ich znaleźć.
     - Dobrze, ale kim one są?
     - Ha! - Tanya klasnęła w dłonie - Gdybym tylko wiedziała... - to mówiąc odwróciła się na pięcie i zniknęła na zapleczu baru.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz