wtorek, 25 grudnia 2012

10. Lizanie ran.


Obudził ją przeszywający całe ciało ból. Każdy nerw był maksymalnie napięty, a Ellie nie miała nawet siły ruszyć palcem. Wyjątkowo męczącym okazało się poniesienie powiek. Uderzyło ją jasne,sztuczne światło, a przed oczami ukazała się niewyraźna, ubrana na biało postać. Po chwili poczuła ukłucie w ręce i ponownie odpłynęła słysząć tylko dudniące w uszach"trzymaj się, maleńka".
 Kiedy się ocknęła, do jej głowy momentalnie uderzyły obrazy dnia poprzedniego. Dokładnie w tym samym momencie oczy Ellie zalały się łzami. Słone krople powoli spływały po jej twarzy/ W tym momencie nie było Elisabeth Winchester, pięknej, pewnej siebie, odważnej. Tym razem wyglądała raczej jak bezbronne, przerażone stworzenie i tak też się czuła.
Wiedziała, że Jego reakcja będzie gwałtowna. Wiedziała, że On nie zrozumie. Że znienawidzi ją dokładnie w tym momencie, w którym usłyszy całą prawdę. Powinna była powiedzieć Blake'owi od razu co się dzieje i jakie plany ma Goran.
Spojrzała na swoje zabandażowane ramię.  Niewyobrażalnie piekło, goiło się. Ale ranę, którą miała w sercu i ona i Blake, nie miała prawa zagoić się nigdy.Zacisnęła mocno powieki tak jakby starała się wyprzeć z siebie wszelkie emocje. Tymczasem wspomnienia minionej nocy wróciły z jeszcze większą siłą rażenia.
Tego wieczora czuła się nieswojo na polowaniu. Miała złe przeczucie, że stanie się coś wyjątkowo niedobrego. Mogła tylko modlić się w duchu, że Goran zdecyduje się przemilczeć fakt iż to właśnie ją wybrał na swoja nowa przyszłą żonę, chociaż w głębi duszy wiedziała, że to niemożliwe. Spokojnym wzrokiem tuszującym wszelkie uczucia spojrzała w stronę Blake'a. Nikt tak jak on nie wyczuwał jej wzroku na sobie. Momentalnie odwrócił się i obdarzył dziewczynę radosnym uśmiechem pokazując przy tym rząd białych, równych zębów. Sam ten gest zabolał ją wyjątkowo mocno.
Pośród wszystkich zgromadzonych przeszedł cichy pomruk, a oczy Ellie skierowały się w stronę kamiennego wzniesienia, na które właśnie wspinał się Goran. Zaczęło się.
- Moje drogie dzieci.... - Głos Gorana brzmiał władczo i potężnie. Na tyle potężnie, że nigdy nikt nie zdołał negować tego co mówi.
 - Kiedy spoglądam w przeszłość i skupiam się na naszej rasie, widzę potęgę, władzę, mądrość. Widzę prężnie prosperującą społeczność, istoty ponadludzkie. Tradycję i rozwój, siłę. Jak doskonale zdajecie sobie sprawę, dziś nasz gatunek z pełnym przekonaniem mogę uznać na zagrożony. Jest nas zaledwie garstka co sprawia, że jesteśmy na tyle słabi, że musimy się ukrywać. Nastały dla nas ciężkie czasy.
Moja żona umarła już trzy lata temu, a jako przywódca stada czuję się w obowiązku, by uczynić nasz gatunek silnym i prężnym jak przed laty. Dlatego też postanowiłem wybrać nową samicę alfa, która pomoże mi wypełnić złożoną kiedyś przez mnie obietnicę. Obietnicę, która zobowiązuje mnie do bronienia naszeg gatunku jak i również prokreacji.
Goran po raz kolejny zawiesił głos. Ellie nienawidziła tego, a w tej chwili czuła jak każdy jej nerw napina się, a do twarzy uderza fala gorąca. "On zrozumie, na pewno zrozumie. Zna ojca" - nie wiedząc czy oszukuje kogoś, czy samą siębie dziewczyna gniewnie spoglądała na Blake'a.
- Dlatego też - Najsilniejszy kontynuował swoją wypowiedź - Postanowiłem wybrać moją następną towarzyszkę... Elisabeth? - spojrzał na nią wymownie, a ta jak zahipnotyzowana ruszyła w jego stronę. Poczuła na sobie wzrok wszystkich zebranych, a jednak to ten jeden konkretny wiercił w niej dziurę. To co stało się później, to były zaledwie sekundy, sekundy wlokące się w nieskończoność. Dziki wrzask, ogólne poruszenie i jeden potężny, wyrywający się z tłumu wilk pędzący na oślep.
- Blake.... - szepnęła blondynka, po czym puściła się pędem za chłopakiem. Jeden długi skok i oto jej dłonie, głowa nogi i całe ciało pokryła śnieżnobiała sierść. Rozpoczęła się szaleńcza gonitwa mająca być dopiero początkiem piekła.
Zaczęło świtać, a Elisabeth już dawno zgubiła trop Blake'a. Czuła się absolutnie wykończona, łapy odmawiały jej posłuszeństwa. Jednak w pewnej chwili do uszu wilczycy dotarło ciche powarkiwanie. Pędem ruszyła w stronę, z której się wydobywała, a już po chwili jej oczom ukazała się ta sama dziewczyna, którą spotkała wcześniej, w willi White'a i w szkole. Naprzeciw niej czaił się już Blake. Jego zamiary były oczywiste. Kiedy tylko wyczuł, że ktoś go obserwuje,rzucił się na swoją nowo upatrzoną ofiarę. "Nie ona..." pomyślała szybko Ellie i bez namysłu wykonała skok w stronę wilka. W tym przypadku oczywistą rzeczą była jednak przewaga samca a sam jego atak był miażdżący.
Następnym, co Elisabeth pamiętała, było to, że Blake'a nagle jakimś sposobem opuściły siły, a dalej już tylko tępy ból, czarna dziura.
Ellie znów poczuła na swoich policzkach słone łzy. Co zrobić teraz? NIe miała pojęcia, w jej głowie gościła absolutna pustka. Nagle usłyszała dźwięk otwierających się drzwi i szperanie w jakichś rzeczach. Po chwili zobaczyła stojącego obok niej Wayne'a.
- Teraz trochę mocniej zaboli - mruknął ponuro i wstrzyknął jej w żyłę jakiś przeźroczysty płyn . Teraz pieczenie rozprzestrzeniło się na cały jej kład krwionośny, a ona sama, zaciskając zęby aż wygięła się z bólu.
- Kto Ci to zrobił....? - zapytał Holt. W odpowiedzi Ellie odwróciła głowę i przełknęła głośno ślinę.
- Nie chcesz to nie mów. Ale cholera jasna, to nie jest byle zadrapanie Elisabeth!
Dziewczyna nadal nie reagowała.
- Ellie, poprostu martwię się o Ciebie....
- Wayne, myślę że to jest najlepszy moment na to, żebyś.... - Dziewczyna zawachała się. -  Żebyś przestał się mną przejmować, a przede wszystkim żebyś przestał cokolwiek do mnie czuć.
Holt spojrzał na nią mętnym, ni to smutnym, ni to zdenerwowanym wzrokiem. W jego głowie panował prawdopodobnie taki sam bałagan, jak w jej.
- Czeka tu Alex Cain.... Chyba jesteś jej wnna wytłumaczenia....
- Ona jest czarownicą - szepnęła Ellie.
- Co? - Wayne teraz wyglądał na zdezorientowanego.
- To jej szukam. Ona jest czarownicą. Tylko nie wiem jeszcze, czy mam ją zabić sama, czy się do czegoś przyda.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz